Zbliża się ta jedyna noc w roku, kiedy kultura pozwala nam na chwilę oswoić to, czego na co dzień panicznie się wypieramy. Miasta zalewają sztuczne pajęczyny, dynie z wyszczerzonymi zębami, a witryny sklepowe kuszą plakatami z wizerunkiem wiedźmy na miotle. Przebieramy się za potwory, śmiejemy się z upiorów i z bezpiecznego dystansu kinowej sali lub imprezy zerkamy na drugą stronę – tę mroczną, nieznaną.
Ale zastanówcie się na chwilę: dlaczego tak bardzo potrzebujemy Halloween? Być może dlatego, że na co dzień wykonujemy gigantyczną, wyczerpującą pracę, próbując ukryć przed światem (i przed samymi sobą) nasze własne demony.
⠀
Wypędzone na stos: anatomia współczesnej wiedźmy
Zacznijmy od tej, która stoi na czele halloweenowego orszaku – od czarownicy. Przez wieki patriarchat wykonał perfekcyjną robotę, zamieniając potężny, autonomiczny archetyp mądrości, intuicji i bliskości z naturą w groteskową, złośliwą staruchę. W tej patriarchalnej bajce wiedźma musiała być zła, bo nie chciała służyć, nie potrafiła schylić głowy i żyła na własnych warunkach – z dala od męża, kontrolowanej reprodukcji i bezpiecznego posłuszeństwa.
Stosy dawno zgasły, ale lęk przed „dziką kobiecością” został w nas do dziś. Boimy się własnego gniewu, uznając go za histerię. Boimy się intuicji, którą nauczono nas zagłuszać racjonalnym głosem rozsądku. Dzisiejsza wiedźma nie warzy trucizny w kotle – wiedźmy to te z nas, które odważyły się zrzucić gorset grzeczności i przestały przepraszać za to, że zajmują w świecie za dużo miejsca. I wsiadły okrakiem na miotły, które stały się najwygodniejszym środkiem transportu w ucieczce z cudzych oczekiwań.
Demony z eksmisji: co wypychamy na zewnątrz?
Łatwo jest narysować diabła z rogami, powiesić wyciętego za papieru nietoperza na drzwiach albo obwinić zewnętrzny świat za całe zło, które nas spotyka. Lubimy eksternalizować nasze lęki i demony. Mówimy: „to system mnie niszczy”, „to toksyczni ludzie”, „to pech”. I choć systemowa opresja jest brutalnym faktem, często używamy jej jako tarczy, by nie spojrzeć w głąb własnego cienia.
Wypychamy na zewnątrz to, co w nas samej budzi lęk: zmęczenie, bezsilność, wkurw, ochotę na krzyk, potrzebę samotności, a czasem po prostu brzydką, nienazwaną zazdrość czy mrok. Ubieramy te stany w kostiumy potworów, bo wierzymy, że straszne jest tylko to, co przychodzi z zewnątrz.
A tymczasem najstraszniejsze są te części nas samych, które latami trzymamy zamknięte w piwnicach naszej psychiki, odcinając im tlen. To nieuznany ból, stłumione pragnienia i głód bycia wreszcie w pełni autentyczną, a nie „miłą i poukładaną”.
⠀
Noc, podczas której zdejmujemy maski dobrych dziewczynek
Halloween może być czymś znacznie więcej niż tylko karnawałem. Może być rytuałem przejścia.
Wykorzystajmy tę noc po to, by wreszcie spojrzeć w twarz naszym własnym, domowym cieniom. Przytulmy te fragmenty siebie, które uznawałyśmy za „złe”, „niekobiece” albo „niewygodne”. Zamiast walczyć z własnymi mrokami, usiądźmy z nimi przy jednym stole i zapytajmy, przed czym tak naprawdę nas chronią.
Bo kiedy przestajesz uciekać przed własnymi demonami, okazuje się, że one wcale nie chcą cię skrzywdzić. One po prostu chcą zostać wreszcie zauważone.
Justyna Kowalska
