Najpierw zakochujemy się w świetle
Felieton: Hanka V. Mody
Nie w człowieku. Nie przesadzajmy z tą śmiałością. Człowiek to jednak skomplikowana konstrukcja biologiczno-emocjonalna, która chrapie, ma historię, lęki, dziwne relacje z matką, własny stosunek do zmywarki i czasem odpowiada „nic”, kiedy ewidentnie ma w sobie całe powstanie listopadowe.
W człowieku zakochać się od razu jest trudno.
Więc zakochujemy się w świetle, które na niego pada.
W tym, jak stoi w kuchni i kroi pomidora, wiadomości wysłanej o drugiej w nocy. Sposobie, w jaki mówi nasze imię, w ramieniu, w głosie. W tym jednym zdaniu, które trafia nas pod żebra tak celnie, że natychmiast budujemy tam dom z werandą, dwoma psami i wspólnym kontem w banku.
Bo człowiek zakochany nie patrzy. Człowiek zakochany projektuje
Bierze drugą osobę jak starą ścianę w poniemieckim domu i mówi: tu będzie biblioteka, tu kominek, tu wielkie okno na jezioro, tu będziemy się starzeć pięknie i bez pretensji. Tymczasem ściana ma grzyba, instalacja jest z 1938 roku, a okno wychodzi na szambo sąsiada. Ale my już mamy zasłony. Lniane. I potem jest dramat.
Bo ona nie jest taka, jak miała być. On nie jest taki, jak obiecywało nasze wnętrze. Oni nie pasują do tej opowieści, którą napisaliśmy im na plecach, kiedy jeszcze nie zdążyli zdjąć kurtki. Nie zadzwonił w tym momencie, w którym powinien, nie domyśliła się, nie powiedział tego zdania. Może nie okazał czułości w naszym języku, nie uratowała nas przed naszym własnym głodem. Nie wszedł w rolę.
Kiedy aktor odmawia współpracy
A przecież rola była świetna. Naprawdę. Scenariusz dopracowany. Dialogi z potencjałem. Kostiumy miękkie, światło złote, muzyka trochę z francuskiego filmu, trochę z terapii, na którą jeszcze nie poszliśmy. Tylko aktor odmówił współpracy.
Stał przed nami człowiek. Żywy. Osobny. Bez konsultacji z naszym wewnętrznym działem dramaturgii.
Rzeczywistość nie jest sexy w pierwszym ujęciu
I to jest moment, w którym wiele miłości zaczyna się psuć. Nie dlatego, że znika uczucie. Tylko dlatego, że zaczyna się rzeczywistość. A rzeczywistość nie jest sexy w pierwszym ujęciu. Rzeczywistość ma skarpetki na podłodze. Ma zmęczenie i mnieumiejętność mówienia o uczuciach inaczej niż przez wyniesienie śmieci. Posiada byłe miłości, stare rany, ciało, które czasem nie chce, głowę, która czasem ucieka, i serce, które nie zawsze staje na baczność, kiedy nasze zaczyna grać hymn.
Nie chcemy człowieka. Chcemy odpowiedzi
My często nie chcemy człowieka. Chcemy, żeby był odpowiedzią.
Na samotność i na dzieciństwo. Na brak i na ten zimny korytarz w środku, którym chodzimy od lat w samych skarpetkach. Chcemy, żeby ktoś przyszedł i wreszcie powiedział: tak, widzę cię, jesteś łatwa do kochania, wszystko z tobą w porządku, już możesz odłożyć nóż, walizkę, kontrolę i ten mały, uparty wstyd.
I to jest zrozumiałe.
Naprawdę.
Nie ma w tym nic głupiego. Jest w tym raczej ludzka bieda, taka miękka i stara. Taka, którą nosimy pod żebrami jak kota znalezionego w deszczu. Każdy chce być wybrany nie tylko w sukience, w dobrym świetle, w błyskotliwej rozmowie, ale też wtedy, kiedy ma opuchniętą twarz, zły dzień, nieładny ton i duszę w remoncie.
Gdzie tęsknota zmienia się w reklamację
Problem zaczyna się tam, gdzie z tęsknoty robimy projekt, a z człowieka wykonawcę. Wtedy miłość staje się reklamacją.
„Miałeś być inny.”
„Miałaś mnie rozumieć.”
„Mieliśmy być szczęśliwi.”
„Nie tak to sobie wyobrażałam.”
No właśnie. Sobie. Wyobraziłam – ile krzywdy mieści się w tym jednym słowie. Ile pretensji do świata, że nie dostarczył produktu zgodnego z wizualizacją. Ile samotności, która nie umie powiedzieć: boję się, więc mówi: zawiodłaś mnie.
Osoba jest mniej wygodna niż obietnica
Czasem patrzę na ludzi, na siebie też, bez złudzeń, bo ja również potrafię obsadzić człowieka w roli, zanim zdąży chrząknąć. I myślę sobie, że najtrudniejsza intymność zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przestaje być pięknie. Kiedy nie patrzę na ciebie przez mgłę mojego pragnienia, gdy widzę, że masz swoje granice, swoje nie, swoje „nie umiem”, swoje „dziś nie dam rady”, swoje brzydkie zakamarki. Kiedy przestajesz być obietnicą, a zaczynasz być osobą. Osoba jest dużo mniej wygodna niż obietnica.
Obietnica nigdy nie ma migreny. Nie mówi za ostro, nie zamyka się w sobie. Nie potrzebuje przestrzeni i nie ma starych ran, które śmierdzą wilgocią jak piwnica po zimie. Obietnica zawsze odpisuje, zawsze rozumie, zawsze pragnie dokładnie tak, jak trzeba. Człowiek natomiast jest człowiekiem.
Skandal.
Prawdziwa miłość zaczyna się po rozczarowaniu
I może prawdziwa miłość nie zaczyna się od zachwytu. Zachwyt jest łatwy, piękny i trochę pijany. Prawdziwa miłość zaczyna się może dopiero od rozczarowania, które nie musi stać się pogardą. Od tego momentu, kiedy opada z człowieka nasza projekcja, jak mokry ręcznik z krzesła, i zostaje ktoś prawdziwy. Nie idealny, nie wymyślony. Nie po to, żeby nas zbawić.
Ktoś. Z własnym oddechem i z własnym cieniem. Z własną historią, która nie została napisana specjalnie dla nas.
Zobaczyć kogoś naprawdę
I wtedy można wyjść albo zostać. Obie rzeczy bywają uczciwe. Nie każda prawda oznacza miłość. Nie każdy człowiek, którego zobaczymy naprawdę, jest człowiekiem, z którym mamy budować życie, dom, poranki, miskę dla psa i wspólne awantury o ogrzewanie.
Ale zobaczyć go naprawdę – to już jest rewolucja.
Przyjąć, że druga osoba nie jest naszym snem na dwóch nogach. Że nie przyszła wypełnić braków po wszystkich, którzy nie umieli nas kochać. Że nie musi pasować do wersji, którą stworzyliśmy, żeby mniej bolało.
Bez scenariusza. Bez reklamacji
Miłość czasem nie mówi: jesteś wszystkim, czego pragnęłam.
Czasem mówi ciszej: jesteś kimś innym, niż sobie wymyśliłam, i teraz dopiero mogę sprawdzić, czy umiem cię kochać. Bez scenariusza, bez reklamacji. Oraz bez tej głupiej, ludzkiej nadziei, że ktoś wreszcie będzie nami lepiej niż my sami.
Małe przesunięcie światła
Za oknem błoto. Pies śpi z pyskiem na własnej łapie, absolutnie wolny od projekcji romantycznych. Kot patrzy na mnie tak, jak patrzą istoty, które od dawna wiedzą, że kota nie da się posiadać, można go co najwyżej czasem nakarmić i nie przeszkadzać mu za bardzo w istnieniu.
Może to jest jakaś lekcja. Nie jakaś wielka. Nie z tych do oprawienia w ramkę. Raczej małe przesunięcie światła.
Patrzę na ciebie.
Nie na to, kim miałaś być.
Na ciebie.
I pierwszy raz robi się naprawdę niebezpiecznie.