Rozmawiała: Justyna Kowalska
Beata Sosnowska w rozmowie z Justyną Kowalską opowiada o „Ciałokwitności”, cyklu, w którym dojrzałe kobiece ciało staje się przestrzenią przemiany, artystycznego eksperymentu i oporu wobec społecznych wyobrażeń o kobiecości.
Beata Sosnowska – artystka interdyscyplinarna, graficzka, malarka, rysowniczka komiksowa, performerka oraz poetka. Od lat tworzy zaangażowany społecznie komiks i sztukę zakorzenioną w perspektywie queerowej, feministycznej oraz antyprzemocowej. Jej prace i autorskie antologie (takie jak Stworzenie czy współtworzone Prace i robótki) na stałe wpisały się w kanon krytycznej refleksji nad ciałem, tożsamością i polityką w sztuce.
Zapraszamy do lektury!
O czym jest cykl rysunkowy „Ciałokwitność” i jak narodził się w Tobie ten pomysł?
„Ciałokwitność” jest dla mnie z innej niż dotychczas perspektywy spojrzeniem na ciało starzejącej się kobiety, czyli mającej więcej niż 55 lat. W trakcie pracy nad cyklem zaczęły wyłaniać się nowe konteksty wykraczające poza temat ciała. Jego hybrydowość, deformacje, zmiany umiejscowienia poszczególnych fragmentów zaczęły oddawać to, jak czuję ducha czasu, w którym żyję. Jest to czas rozpadu, zmiany struktur, te same elementy rzeczywistości zmieniają swoje miejsce, tracąc znaczenia. Dewaluuje się system wartości (jeśli kiedykolwiek był stały), to, co naturalnie znajdowało się w zasięgu ręki, staje się towarem reglamentowanym – świeże powietrze, czysta woda, nieskażona żywność, przewidywalny rytm przyrody. Żyjemy w czasie wielorakich katastrof, w których człowiek, osoby nieludzkie i natura szukają sposobów na przetrwanie, starając się zaadaptować do nowych realiów. Te zachodzą dużo szybciej niż możliwość stworzenia skutecznych i trwałych strategii przetrwania. Nie ma czasu na powolną ewolucję. Ciało w moich rysunkach zmienia się gwałtownie pod naporem zewnętrznych warunków, które reprezentuje nacisk dłoni. Kobieta jest symbolem dawczyni życia, często utożsamiana z Matką Ziemią. Jest karmicielką, strażniczką wspólnoty rodziny. Wraz z zachodzącymi zmianami zmienia się rola kobiety, rozszerzyło się pole definicji tego, co kobiece, porzucając biologiczny i kulturowy tego aspekt. Zmiany łączą się ze zmianami w postrzeganiu piękna i seksualności, w szczególności dojrzałych kobiet.
Głównym impulsem do narysowania pierwszego rysunku był open call Zeszytów Komiksowych, którego nowopowstający numer miał dotyczyć cielesności. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, czym dla mnie jest cielesność? Z jakiej perspektywy na nią spojrzeć? Doszłam do wniosku, że najprościej będzie zacząć od najbardziej osobistego doświadczenia – przyjrzeniu się upływowi czasu i zmianom, jakie zachodzą w moim ciele. Zdecydowałam się na opowieść w całoplanszowych rysunkach. Stanęłam przed lustrem i jak dziecko-eksperymentatorka zaczęłam naciskać palcem, zgniatać dłonią, naciągać różne obszary ciała. Obserwowałam to, co się dzieje ze skórą, jak sprężynuje i się odkształca. Pomyślałam, że opowiem o tym procesie rozpoznawania, fragment po fragmencie, losowo łącząc ze sobą badane palcami elementy ciała. Tak powstała pierwsza rysunkowa hybryda mojego ciała. Skojarzyłam ten proces z kwitnięciem. Moje obecne ciało potraktowałam jako początek procesu rozkwitania nowej formy cielesnej. Wymyślił mi się tytuł: „Ciałokwitność”.
Opisując cykl, używasz słowa „proces” – myślenie o ciele nadal u Ciebie ewoluuje. Jak w Twoim rozumieniu ciało łączy się z refleksją nad tożsamością i pamięcią?
Tożsamość i pamięć to skomplikowane i wzajemnie przenikające się procesy. Ciało pamięta strach, traumy, radość wynikającą z czyjegoś dotyku, różnorodność faktur, zapachy. Ciało to zmysły, procesy biologiczne, wehikuł przemieszczający nas w świecie materialnym. Podobno pamięć stanowi o naszej świadomości samych siebie. Często wykluczamy z tego ciało. Dopiero gdy dochodzi do jakiejś dysfunkcji, zaczynamy widzieć swoją zależność od ciała i uświadamiać sobie, że ciało to ja. Obok zrobienia rysunków kolejnym naturalnym etapem „procesu” myślenia o ciele, w odniesieniu do osobistego jego doświadczania, było upublicznienie. Ważną rolę odegrało opublikowanie w mediach społecznościowych zdjęć tego, co intymne i widzialne tylko dla moich oczu. Na pewno wydanie swojego ciała Internetowi było aktem porzucenia go. Zastanawiam się nad znaczeniem tego niewątpliwie trudnego dla mnie gestu. Czego był wyrazem? Obojętności wobec ciała, aktem czynienia siebie widoczną, czy wyrazem mojej narcystycznej natury? A może upubliczniając dokumentację fotograficzną do cyklu „Ciałokwitność”, z osoby zaczęłam stawać się artystką. Ciało zaczęło stawać się obiektem nabierającym bardziej uniwersalnych znaczeń. Nie było jedynie moim „osobistym”, prywatnym doświadczeniem?

Tytuł „Ciałokwitność” jest bardzo pojemny – brzmi jak połączenie cielesności i rozkwitu. Czy to rozkwit wbrew przemijaniu?
Bardziej myślę o rozkwitaniu jako o przeobrażaniu, kolejnej fazie życia ciała i w ciele. Nie ma zbyt wiele wspólnego z ciałopozytywnością. Ciało z wiekiem ulega degradacji. Będąc całe życie osobą bardzo sprawną, żywiołową, nagle zaczynam być ograniczana przez swoje ciało i jego niemożności. Zaczynam rozumieć pojęcie młodości jako formy bytu społecznego. Tak samo dociera do mnie to, czym jest starość społeczna, mocno zależna od mitu młodości, i jakie miejsce wyznaczają społeczeństwo i kultura kobietom starszym niż 55 lat. Zmiany w ciele i zmiana optyki społecznej czynią starzejącą się kobietę niewidzialną. „Ciałokwitność” opowiada o procesie zauważania tych faktów, przyglądania się im i co się dzieje w związku z tym. Zdecydowanie nie jest to spokojna reakcja! Zastanawiam się, na ile moja dojrzałość duchowa i mentalna powiązana jest ze zmianami w ciele. Jeśli doświadczanie faktu przemijania, którego wyznacznikiem są zmiany w ciele, powiążemy z rozkwitaniem dojrzałości, to tak, mogę mówić o dojrzałości, rozkwitaniu, ale nie wbrew przemijaniu, raczej wraz z przemijaniem.
Chciałabym Cię zapytać o ciało poza estetyką młodości. W omawianym cyklu skupiasz się na cielesności kobiet dojrzałych. Dlaczego to ciało wciąż jest tak mało obecne w sztuce i popkulturze?
Ciało i młodość to życie, imperatywy biologiczne, sposób na istnienie. Cała współczesna narracja skupia się wokół młodości i negowaniu procesów starzenia się. Młodość stwarza świat popytu i podaży, napędza gospodarkę, daje paliwo kulturze masowej. W kinematografii, muzyce, literaturze w większości bohaterowie występujący są reprezentantami osób młodych. W reklamach patrzą na mnie odmłodzone cudownymi kremami twarze starzejących się kobiet. W tym kontekście młode ciało jest wszechobecne i jest wartością. W sztuce, szczególnie młodych artystów, ciało i dylematy z nim związane są obecne, ale temat starzenia się siłą rzeczy jest nieobecny, bo niby dlaczego miałby, skoro jest poza ich doświadczeniem? Także technologia służy głównie młodości. Nikt nie martwi się o jej przystępność i łatwość w obsłudze przez osoby starsze. Myślę, że rozwój technologiczny zdecydowanie przyspiesza proces wykluczania. Wracając do tematu sztuki i reprezentacji starzejącego się kobiecego ciała – jest światełko w tunelu. Szczęśliwie coraz więcej rozpoznawalnych artystek zaczęło wkraczać w wiek menopauzalny, co oznacza, że temat starzejącego się ciała coraz częściej zacznie być obecny w sztukach wizualnych i w literaturze. Może za kilka dekad, jeśli świat nie będzie miał elementarnych dylematów: jak przeżyć kolejny dzień, a może właśnie dlatego, obecność ciała dojrzałych kobiet w narracji mainstreamowej i w sztuce będzie normą nikogo nie dziwiącą.
Czy rysując fałdy, napięcia skóry, ciężar, obfitość – czujesz, że odzyskujesz coś, co było wypchnięte z pola widzenia?
Na pewno odzyskuję coś, co było poza moim dotychczasowym polem widzenia! I na pewno odzyskuję ważną dla siebie część narracji o sobie. Jeśli da to coś innym kobietom, to fantastycznie. Nie ukrywam jednak, że oglądanie dokumentacji fotograficznej i rysunków z tego cyklu jest dla mnie trudne. Cały czas analizuję, dlaczego tak się dzieje. Nie jestem przyzwyczajona do takiego rodzaju odsłaniania własnej intymności. Zazwyczaj chowałam się za swoimi pracami lub osobami, które realizowały moją koncepcję na performens. Od jakiegoś czasu zaczynam wychodzić przed swoje prace i stawać się konkretną osobą. Możliwe, że niewygodna cielesność, odbiegająca od ideału, i stawanie się kobietą tworzącą jest tym samym rodzajem odzyskiwania siebie.
Czy dojrzałość w Twoich pracach jest bardziej biologiczna czy egzystencjalna?
Jedno i drugie jest ze sobą związane. Dotyczy różnego doświadczenia: mnie jako starzejącej się kobiety, której biologiczna rola się skończyła, oraz artystycznych poszukiwań i stawiania bardziej uniwersalnych pytań.
W tych rysunkach jest bardzo silny motyw dotyku – chwytu, ścisku, obejmowania. Czy to dotyk czuły, erotyczny, a może agresywny?

Chyba każda osoba doświadczyła jakiejś brutalności wobec swojego ciała. Tak samo czułości, jakiejkolwiek. Z tego powodu, czy tego chcemy czy nie, brutalność może się mieszać z czułością, a one z erotyką. Świadome przeżywanie każdego aspektu z osobna lub łącznie to kwestia indywidualnej otwartości na wieloznaczność doświadczeń. Na pewno ma to przełożenie na świat erotyki i sensualnego kontaktu z sobą oraz z drugą lub trzecią osobą. Motyw dotyku, chwytu, uścisku jest również bardzo rzeźbiarskim gestem. Ciało jest jak glina. Dłonie rzeźbią w niej konkretny kształt, a ja finalnie robię z tego rysunek. Na końcu tego procesu jest emocja – czułość.
W Twojej twórczości często przewijają się wątki lesbijskie. Czy w Twoim odczuciu kobiece ciało w relacji z innym kobiecym ciałem wciąż bywa traktowane jako fetysz albo tabu? Jak próbujesz wyjść poza te klisze?
Dla mnie lesbijskie jest wszystko, co kobiece, mówi o kobiecym doświadczeniu i jest opowiadane przez osoby definiujące się jako kobiety. Więc jeśli ja, definiując się jako kobieta, patrzę na inne kobiece ciało, to jest to już akt lesbijskiego spojrzenia i doświadczenia. Nie ma w tym nic wspólnego z erotycznym pożądaniem. Ono oczywiście też może się pojawić. Ten rodzaj podejścia powiększa spektrum dla tworzenia tego, co lesbijskie. I panom tutaj dziękujemy. Tak postrzegam możliwość wyjścia poza klisze wyobrażenia lesbijskości w sztukach wizualnych i w społecznej praktyce.
Czy jest to tabu lub fetysz? Pewnie tak. Szczególnie w konserwatywnych środowiskach męskich i kobiecych, gdzie pożądanie i fantazje urastają do polityczno-religijnych rozmiarów.
Czy dla Ciebie te prace są bardziej o pożądaniu, czy o bliskości?
Łączę te rysunki z innym cyklem, malarskim: „Zapaśniczki”. Tam zainspirowałam się zapasami kobiet podczas Olimpiady w Paryżu w 2024 roku. Uderzyła mnie forma fizycznej bliskości zawodniczek, w której symbolicznie siłują się ze sobą dwie kobiecości. Są momenty zwarcia, znieruchomienia, niczym dwa owady siłujące się ze sobą w określonym splocie. Bliskość zawodniczek jest boleśnie niemożliwa, a jednak ma miejsce. Są jak metafora lesbijskiej relacji i jej zewnętrznego odbioru, czegoś, co nie mieści się w stereotypowej wyobraźni społecznej i istnieje wbrew niezgodzie na nią. Ciała zapaśniczek z jednej strony równoważą się, z drugiej dążą do dominacji, stapiają się, tworząc hybrydę. To oczywiście jest także opowieść o moich zmaganiach ze swoją tożsamością i identyfikacją z tym, co powszechnie nazywa się kobiecością. Podobna korelacja zachodzi w „Ciałokwitności”. W tym cyklu zdefragmentowanie ciała pod wpływem uścisku tworzy hybrydę innej jakości ciała. Jest sprzeciwem wobec dążenia do czegoś, co za wszelką cenę chcemy osiągnąć jako kobiety, ulegając narzuconej nam z zewnątrz narracji o kobiecości. Oczywiście w sile dotyku zawiera się duży ładunek pragnienia wejścia w posiadanie miękkiej, przelewającej się przez palce cielesności. Pożądanie jednego ciała kobiecego przez drugie może prowadzić do bliskości, ale nie musi.
Piszesz o „hybrydzie ciała i nie-ciała”. Co jest tym „nie-ciałem”?
Hybryda ciała i nie-ciała to w moim odczuciu nowy byt w nowej formie, inne połączenia części anatomicznych z nowymi kontekstami. Hybrydowość rozgrywa się na kilku poziomach. Na poziomie czysto fizycznym to, co widzimy, jest zdeterminowane dotykiem, jego naciskania i zgniecenia mają wpływ na sposób widzenia ciała. Pokazuję to, co widzę, dotykając. Rysuję palce zagłębiające się w masę ciała, próbujące przebić się przez tkankę skóry, jakby namacalnie chciały doświadczyć cudu transformacji. Na poziomie mentalnym myślę, że głęboko we mnie tkwią przedstawienia renesansowych i barokowych obrazów pokazujących niewiernego Tomasza. Wkłada on palce w rany na ciele zmartwychwstałego Chrystusa. Czy tego chcę, czy nie chcę, moją wrażliwość ukształtowała religia katolicka i jej ikonografia. Poza kontekstem religijnym porusza mnie głęboka potrzeba empirycznego doświadczenia ciała i jego cierpienia. Ciała jako religii zbudowanej na cierpieniu. Wydaje mi się to dość bliskie doświadczeniu bycia kobietą. I temu, jak kobieta była przedstawiana w religii katolickiej, w sztuce i normach społecznych. Ból biologiczny nierozerwalnie jest związany z kobietą poprzez menstruację, porody czy czas menopauzalny. Innym kontekstem będzie ten, o którym mówiłam wcześniej. Świat w trakcie katastrofy i ucieleśnianie zachodzących w nim zmian. Jeszcze innym jest trauma dzieciństwa i ucieleśnianie jej istnienia, przepracowywania jej. Hybryda ciała stanowi poszukiwanie tożsamości, redefiniowanie siebie na każdym etapie życia i funkcjonalności ciała.
Czy pokazywanie kobiecej dojrzałej cielesności jest dla Ciebie aktem wyłącznie artystycznym, czy to też gest polityczny?
Zdecydowanie jest gestem politycznym. To także duże wykroczenie poza własną strefę komfortu. Jeśli moje prace chociaż w małym stopniu wzbudzą w kimś niewygodę, to już odniosłam sukces polityczny i artystyczny. Naruszyłam jakąś konstrukcję światopoglądową i utrwalone przeświadczenia.
Jak wygląda Twój proces pracy nad takim rysunkiem? Czy zaczynasz od konkretnego ciała, czy od emocji?
W moim przypadku zawsze najpierw jest emocja. Nie zawsze przekształcam ją od razu w obraz rysowany czy malowany. Są emocje, które noszę w sobie bardzo długo, przez lata. Stają się integralną częścią umysłu, również ciała. Potem, pod wpływem jakiegoś impulsu, emocja przeistacza się w pracę rysunkową lub malarską. Moja większa świadomość ciała i emocji z nim związanych zaczęła się od momentu choroby nowotworowej. Żeby wyzdrowieć, oprócz czysto medycznych zabiegów wykonywałam intensywną pracę nad ciałem, aby je wzmocnić, dać siłę dosłownie każdej komórce, szukałam połączeń emocjonalnych ciała z umysłem i tworzyłam nowe, mniej destrukcyjne. Nowotwór to przerost i wynaturzenie struktury komórek. Ślad tego doświadczenia można zauważyć w „Ciałokwitności”. Przesuwam w rysunkach części anatomiczne i łączę je w nowe formy, pozbawiam ich pierwotnych funkcji. Moja uwaga skupia się na brzuchu i piersiach. Na pewno ma to związek nie tylko z chorobą, ale również z funkcją biologiczną, jaką miało pełnić moje kobiece ciało: noszeniu płodu, urodzeniu dziecka i wykarmienia go piersią. Nic takiego się nie wydarzyło. Jedyne, co się stało, to wyjęto z mojego brzucha, otwierając je operacyjnie, spory fragment jelita z guzem.
Innym ważnym etapem tworzenia rysunku jest oglądanie siebie za pomocą dłoni. Gdy jakiś fragment przykuje moją uwagę, robię zdjęcie. Fotografowanie odbicia w lustrze przy użyciu telefonu komórkowego jest dość karkołomne. Poza tym zdjęcie spłaszcza i nie oddaje tego, co czuje ręka i widzi oko. Dlatego czasem rysuję to, co widzę. Jest to literalnie bolesny proces. Bo jak długo można zgniatać pierś lub jakąś fałdę skóry, wbijać palec pod żebro? Czasem nie daję rady i odpuszczam. Jeśli chodzi o rysowane ciało, na chwilę obecną jedynym obiektem obserwacji i dotychczasowych rysunków jest moje własne.
Czy podczas rysowania bardziej obserwujesz ciało czy je konstruujesz?
Całe życie obserwuję swoje ciało. Od dzieciństwa, przez okres dojrzewania, młodość, do teraz. Codziennie przyglądam się najoczywistszej reprezentacji ciała: swojej twarzy. Widzę pogłębiające się zmarszczki, zmiany konturów twarzy, rzednące włosy. To samo dotyczy innych części ciała, piersi, brzucha, ud, dłoni. Ich obserwacja jest również doświadczeniem własnej cielesności poprzez osoby, które były intymnie ze mną i pozwalały mi zobaczyć siebie fizycznie w chwilach bliskości.
Sam proces rysowania jest przenikaniem się obserwacji i konstrukcji. Konstrukcja wynika z obserwacji. Rysunek jest konstrukcją w oparciu o to, co zbadałam i sfotografowałam, konstruuję kompozycje za pomocą linii, układów ciężkości, nasilenia czerni i bieli. Tym sposobem buduję nowy byt organiczny.
Czy praca nad tym cyklem zmieniła Twoją relację z własnym ciałem?
Na pewno tak. Praca nad cyklem ma wpływ na relacyjność mnie i ciała. Rysowanie oczywiście nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na moje postrzeganie ciała. Nieestetyzujące spojrzenie pozwoliło mi pełniej zaakceptować je takim, jakie jest, nie zaś tym, czym chciałabym, żeby było. Dało mi szansę dostrzec w nim plastyczność i całe bogactwo braków.
Czy czujesz, że wraz z wiekiem rośnie w Tobie odwaga artystyczna?
Na pewno rośnie we mnie większa konsekwencja w działaniach twórczych. Czy z wiekiem rośnie we mnie odwaga artystyczna? Mam na pewno mniej świeże i mniej niewinne spojrzenie na tworzenie. Pod tym względem jestem bardziej zachowawcza. Kiedyś rzucałam się z taką samą energią w filmowanie, montaż, multimedialne realizacje, rzeźbę, pisanie, rysowanie, malowanie. Teraz mam większą świadomość swojej energii i jej wytracania, ograniczoności czasu, jaki mam do dyspozycji, w związku z czym rozważniej rozdysponowuję swoim potencjałem. Skanalizowałam swoje działania na te, które wynikają ze mnie i nie potrzebuję do ich realizacji innych osób. Zawiera się w tym malarstwo, rysowanie tradycyjne i rysowanie komiksów. Czasem coś innego, może pisanie. Odwaga? W sensie tematów poruszanych? To się nie zmieniło. Odważnie idę w zgodzie za swoim wewnętrznym głosem i estetyką, unikając tzw. „modnych” tematów i ładności. Chociaż czasem moje dylematy stają się modne, niestety nie potrafię użyć tego na swoją korzyść. Na pewno z wiekiem mam dużo większy dystans do siebie i łatwiej jest mi zachować wierność sobie. Bo co mam do stracenia? W końcu finalnie i tak chodzi o przyjemność płynącą z tego, co się robi.
Jak wyobrażasz sobie dalszy rozwój „Ciałokwitności”? Wystawa? Album? Performans?
Dobre pytanie. Na razie przyglądam się temu, co mi podsuwa proces twórczy. Są zdjęcia jako dokumentacja, rysunki. Zaczęłam malować obraz w oparciu o rysunek, ale to nie jest żaden krok dalej, tylko płaskie powielenie rysunku. Muszę zachować spokój i robić swoje, a czas przyniesie rozwiązania. Na pewno chciałabym włączyć „Ciałokwitność” do „Zapaśniczek”. Nie wiem jednak, gdzie mi się wymknie praca nad cyklem. Mam wrażenie, że to, co teraz robię, to są wprawki do czegoś większego. Ale jeszcze nie wiem, co to miałoby być.
Gdybyś miała stworzyć ilustrację do opowieści o kobiecej dojrzałej namiętności – co by się na niej znalazło?
Hmm, po prostu dwa, a może więcej (?), kobiece ciała splatające się w cielesnej bliskości, tworzące w pożądaniu nowe formy, nie tylko pozycje seksualne. Banałem jest to, co powiem: dojrzałość jest pełna pożądania, pragnienia i wielości emocji, niemniej burzliwych niż te stereotypowo przypisywane młodości. Możliwe, że dojrzałość inaczej je rozgrywa. Na pewno chciałabym stworzyć w swoich pracach takie napięcie emocjonalne i erotyczne, że oglądający rumieniliby_niłyby się na ich widok, nie mogąc potem przestać myśleć o tym, co zobaczyli_ły;) I na pewno podkreśliłabym wizualnie wiek kochanek.





















