Dwie kobiety na wsi – jak wygląda życie, akceptacja i codzienność
Autorka: Hanka V. Mody
– A jak nas spalą? – zapytała Kasia, gdy przeprowadzałyśmy się w tamtym roku na wieś.
– No coś ty, nikt nas nie spali. Polubią nas i jeszcze będą mówić „nasze dziewczyny”. Bo my fajne jesteśmy.
Zabrałyśmy się do tego poważnie. Postanowiłyśmy się przedstawić. Jak się przedstawiać, to na całego. Wybrałyśmy się do naszego najbliższego sąsiada – a jak się okazało, sołtysa – z flaszką, kwiatami dla żony i czekoladami dla dzieci. Przyjęli nas miło i z zaciekawieniem. Posiedziałyśmy, poopowiadałyśmy o sobie i niczego nie ukrywałyśmy.
I to był nasz pierwszy, mały eksperyment społeczny: powiedzieć wszystko od razu i zobaczyć, czy świat się zawali.
Eksperyment społeczny, który mógł się nie udać
Nie zawalił się. Co więcej – ktoś dolał herbaty.
Bo na wsi działa prosta zasada: najpierw jesteś obca, potem jesteś czyjaś. Czyjaś sąsiadka, czyjaś pomoc, czyjaś „ta od tego domu z z cegieł”. My bardzo szybko stałyśmy się ” te dziewczyny razem”. A potem, ku naszemu rozbawieniu, „nasze dziewczyny”. Nawet nasz pies stał się też ” ich”.
Oczywiście, że były pytania. Takie z kategorii ” czy wy to tak na serio” i „
„a jak to właściwie działa”. Czasem zadane półgłosem, czasem przy płocie, czasem przy piwie. Czasem tak, że człowiek przez chwilę zastanawia się, czy odpowiadać, czy jednak udać, że nagle musi pilnie podlać pelargonie.
Ale odpowiadałyśmy. Bo uznałyśmy, że jeśli my nie powiemy, to ktoś dopowie. A wyobraźnia, szczególnie w małych społecznościach, ma tendencję do przesady.
Mówienie wprost jako strategia przetrwania
Więc mówimy wprost: tak, jesteśmy razem. Tak, to jest nasz dom. Nie, nie planujemy się „nawrócić”. Tak, też kłócimy się o głupoty i zapominamy kupić chleb.
I nagle okazuje się, że zamiast „tematu” jesteśmy ludźmi. Takimi, którym można zostawić klucze, poprosić o pomoc, pomóc odpalić samochód, odsnieżyć podjazd albo po prostu wpaść na ognisko.
Bo ognisko to w ogóle osobny rozdział tej opowieści. Nic tak nie rozbraja dystansu jak kiełbasa na patyku i wspólne siedzenie przy ogniu. Przychodzą. Najpierw z ciekawości, potem już tak po prostu. Rozmowy schodzą z „a wy to jak?” na ” a pies nam kury gania”.
I w którymś momencie orientujesz się, że coś się zmieniło. Nikt już nie patrzy jak na zjawisko. Raczej jak na część krajobrazu. Trochę nietypową, owszem, ale swoją.
Codzienność, która rozbraja uprzedzenia
Czy jesteśmy dla nich dziwne? Pewnie trochę tak. Ale jesteśmy też tymi, które pomogą przenieść meble, przypilnują psa, pożyczą cukier i zrobią dobre ciasto. A na wsi takie rzeczy mają większą wagę niż światopoglądowe deklaracje.
I wbrew wszystkim katastroficznym narracjom – ludzie się oswajają. Naprawdę. Nie dlatego, że nagle przeczytali wszystkie książki o inkluzywności. Dlatego, że nas poznali.
To nie jest historia o wielkich gestach i przełomach. To jest historia o konsekwencji. O tym, że nie chowamy się, nie kręcimy, nie udajemy „koleżanek z miasta”. Mówimy, jak jest. Żyjemy, jak chcemy.
I okazuje się, że kiedy ludzie mają okazję cię poznać, to przestajesz być ” tym czymś”, a zaczynasz być „kimś”. A z kimś znacznie trudniej walczyć niż z wyobrażeniem.
Więc robimy swoje. Sadzenie, koszenie, ogniska, rozmowy przez płot. Taka cicha, trochę niepozorna praca u podstaw.
I wieś, krok po kroku, się do nas przyzwyczaja.
A my do niej.
Czytaj więcej na Rodzina na własne ryzyko