Twarz Domyślna.
Rano w piekarni jest przedstawienie. Nie, nie chodzi o ten teatr wyboru między grahamką a chlebem na zakwasie. Chodzi o choreografię twarzy.
Stoi przede mną mężczyzna. Twarz ma poważną, skupioną, jakby kupował nie bułki, a udziały w spółce giełdowej. Marszczy brew. Czeka. Dostaje swoje pieczywo, płaci, wychodzi. Jego twarz przez cały ten czas nie wyraziła niczego poza ciężarem istnienia o ósmej rano.
Teraz ja. Podchodzę. Pani za ladą, zmęczona, podkrążone oczy, ale usta automatycznie wyginają jej się w „dzień dobry”.
Ja się nie uśmiecham. Nie z wrogości. Z symetrii. Też mam ósmą rano. Proszę o chleb.
Pani na chwilę zamiera. Jej zawodowy uśmiech na sekundę gaśnie, widzi moją neutralną twarz i – co za ulga – odpowiada mi tym samym. Transakcja trwa piętnaście sekund. Płacę, biorę chleb. Cisza. To prawie jak siostrzeństwo broni.
Kobieca twarz w spoczynku to błąd systemu.
Męska twarz w spoczynku oznacza: myśli. Pracuje. Analizuje rynek. Rozważa losy świata. Jest poważny.
Kobieca twarz w spoczynku oznacza: jest zła. Ma okres. Jest obrażona. Jest suką. Coś jest nie tak.
Świat nie znosi kobiecej twarzy, która niczego nie oferuje. Twarzy, która nie jest ani zachętą, ani przeprosinami, ani pocieszeniem, ani dekoracją. Twarzy, która po prostu jest.
Ten mimiczny przymus to najbardziej niedopłacany etat świata. Uśmiech nr 3 (dla listonosza). Uśmiech nr 5 (dla szefa, gdy opowiada zły dowcip). Uśmiech nr 7 (lekko przepraszający, bo ośmieliłaś się zająć miejsce w autobusie). Uśmiech nr 9 (kiedy obcy facet na ulicy mówi ci „więcej pogody ducha, mała!”).
Kiedyś usłyszałam na spotkaniu służbowym, że „powinnam się więcej uśmiechać, bo z tą miną niczego nie załatwię”. Wyobraziłam sobie, że mówię to samo koledze obok, temu z twarzą zmęczonego baseta. Świat by się zatrzymał.
Bo mój uśmiech nie jest mój. Jest dobrem publicznym. Ma sprawiać, żeby innym było miło. Żeby jemu było miło. Żeby świat gładko się kręcił.
Neutralna kobieca twarz to akt pasywnej agresji.
Wychodzę z piekarni. Słońce świeci. Wciągam zimne powietrze. Jakiś pan idący z naprzeciwka patrzy na mnie i mówi: „Uśmiech, proszę pani!”.
Nie uśmiecham się.
On aż przystaje, oburzony, jakbym mu wytrąciła portfel.
No właśnie.