Wypalenie w związku – kiedy bliskość przestaje grzać
„Żar w naszym związku od jakiegoś czasu przygasa. Czy może Pani zaproponować coś, co pomogłoby go na nowo rozniecić?”. Ilekroć czytam takie pytania, mam wrażenie, że w mojej osobie pokładane jest większe zaufanie, niż być może na nie zasługuję. Bardzo szczerze przyznam, że pomimo całego umiłowania do obserwacji procesów psychosocjologicznych i swojego, sporego już, życiowego doświadczenia, unikam udzielania odpowiedzi na pytania „jak żyć”. Tym bardziej w sytuacjach, w których zadawane są one przez osoby, których życiową sytuację znam z dwóch subiektywnych zdań.
Związki przechodzą różne etapy, a ich ewolucja jest wynikiem kombinacji ich historii, indywidualnych doświadczeń życiowych ich obydwu stron, a także subiektywnego ich postrzegania przez owe strony. Reasumując, etap „przygasania żaru” może dla różnych związków następować w rożnym czasie. Być następstwem różnych czynników i wymagać zupełnie różnych rozwiązań.
Wypalenie w związku – kiedy bliskość przestaje grzać
Dlaczego w związkach w ogóle następuje przygasanie żaru? Czy dla każdego związku jest to nieunikniona potyczka? Czy to dlatego, że w związkach ze stażem nie musimy się już starać, żeby kogoś zaliczyć? Nie musimy udawać atrakcyjnych seksualnie? Możemy darować sobie regularne usuwanie owłosienia z miejsc intymnych, odpuścić siłownię i dietę. Rozluźnić spięte od lat mięśnie brzucha i zaczerpnąć haust powietrza. Przestajemy mieć przed sobą tajemnice, rezygnujemy z wcześniejszej pobudki, by zdążyć z makijażem zanim on się obudzi. Zamieniamy ciasne sukienki na jeansy. Nie, nie zapuszczamy się. Po prostu chcemy czuć się bezpiecznie i swobodnie. To sprawia, że obustronnie oczekujemy od siebie tolerancji naszych dziwactw i wybaczenia, kiedy tracimy fason. Dzięki temu właśnie znajdujemy cywilną odwagę, by pójść na całość w WC.
Z czasem zmienia się przecież nasza życiowa sytuacja. Gonimy za karierą, wychowujemy dzieci, bierzemy kredyt na dom. Seks schodzi na dalszy plan. Czy „usidlenie” partnera pozwala nam poczuć się na tyle swobodnie, by zacząć wykręcać się od seksu? Dlaczego w ogóle chcemy się wymigiwać, zakładając, że jednak w większości sytuacji uprawiamy seks dla przyjemności? Istnieją teorie, że kiedy przestajemy być dla siebie tajemnicą spod szyldu FACECI SĄ Z MARSA, KOBIETY SĄ Z WENUS, namiętność zanika. Na filmach zawsze jest prosto. Pożądanie przedstawiane jest w nich zawsze jako nadrzędna potrzeba. Napięcie seksualne jest nie do wytrzymania. Tekstylia są barierą, której trzeba pozbyć się jak najszybciej, nie przerywając jednak splotu szalonych z żądzy spojrzeń.
Dlaczego żar w związku przygasa z czasem
To zjawisko występuje nagle, w najbardziej nieprzewidzianych okolicznościach. Pragnienie jest tak silne, że odnieść można wrażenie, że jeśli nie zostanie zaspokojone tu i teraz, natychmiast, od razu, konsekwencje mogą być wręcz tragiczne. Dwoje ludzi, uprawiając seks, niemal walczy o swoje życie, jednocześnie ocalając życie tej drugiej osoby. Naturalnie, nie ma czasu na myślenie czy analizowanie. Te funkcje w takiej sytuacji zostają wyłączone i jedyne, co bohaterom pozostaje, to poddać się pierwotnym instynktom. Mam takie wrażenie, że mężczyźni przez całe życie zastanawiają się, co z nami, kobietami, jest nie tak, że nie potrafimy pałać takim pożądaniem. Z moich obserwacji w sexshopie wynika, że wielu z nim w efekcie tych rozmyślań nasuwa się termin „oziębłość”. Mam też wrażenie, że wiele kobiet zastanawia się nad dokładnie tą samą kwestią. One z kolei dochodzą do wniosku, że „po prostu ten facet prawdopodobnie mnie aż tak nie podnieca”.
Kiedy jednak okazuje się, że prawdopodobnie żaden facet ich nie podnieca aż tak bardzo, aby oddać mu się natychmiast bez myślenia „Czy na pewno równo ogoliłam okolice bikini?”, zaczynają przypuszczać, że faktycznie coś z nimi jest nie w porządku. Również spędziłam wiele czasu na myśli „co do licha? Czy moje ciało nie potrafi wykrzesać z siebie takiej reakcji? Czy ono po prostu jest na to zbyt leniwe, czy może jest to jakaś przypadłość, którą jeszcze można wyleczyć?”. No pewnie, że chciałam to przeżyć! Jasne, że chciałam uprawiać seks na stole, nie przejmując się tym, że mój pośladek jest cały pokryty guacamole czy tam sosem grzybowym. Chciałam nie myśleć o tym, co do diabła jest na moim pośladku, tylko o tym, że jeśli natychmiast nie doznam błogiego uczucia wypełnienia, to najprawdopodobniej eksploduję.
Gdzie jest dzika żądza?
Ale ta dzika żądza po prostu nie przychodziła. Nie wiedziałam dlaczego. Aż wreszcie zupełnym zbiegiem okoliczności trafiłam na książkę dr Emily Nagoski i zostałam olśniona. Tak, to był jeden z tych momentów w moim życiu, kiedy poczułam się, jakbym pod kanapą znalazła brakujący element układanki. Teraz, kiedy wreszcie został umieszczony na właściwym miejscu, całość nabrała sensu. I kiedy poznałam pojęcie pożądania responsywnego, miałam właśnie to wrażenie „aha! To wszystko dlatego!”. O co w tym wszystkim chodzi? Pomimo podobieństw pomiędzy kobietami i mężczyznami, oczywiście jest trochę różnic. Między innymi różnimy się sposobem odczuwania pożądania. To, które w zdecydowanej większości odczuwają faceci, jest spontaniczne, niczym pajacyk wyskakujący z pudełka. Wyobrażam sobie, że może być zbliżone do tego przedstawianego na filmach. Pojawia się nagle, powoduje erekcję i już – jest chęć i jest gotowość. Wystarczy klaps (rozpoczynający ujęcie, o jakim klapsie myśleliście?) i zaczyna się akcja. Z kolei pożądanie, które najczęściej odczuwają kobiety, jest jak rozkwitający kwiat – im dłuższa gra wstępna, tym jest on piękniejszy i bardziej okazały. Jest to szczególnie prawdziwe dla kobiet w związkach z długim stażem, bo na początku relacji często rodzaj pożądania u kobiet i mężczyzn jest zrównany.
Nasze podniecenie jest uśpione
Drzemie sobie pod kocykiem i jeśli je szturchnąć, to przeciąga się od niechcenia, ziewa, robi sobie kawę, wypija ją na tarasie… Gra wstępna ma jednak jakiś cel. Wiele kobiet, które nie troszczą się o własną satysfakcję w sposób, w jaki troszczą się o satysfakcję partnera, rezygnuje z niej. „Miejmy to z głowy” – myślą sobie, wysyłając tym samym jasny sygnał mężczyźnie, że gra wstępna jest zbędna. Wydaje mi się, bazując na własnych obserwacjach, że wielu mężczyzn (a także wiele kobiet) wiąże grę wstępną wyłącznie z zacieśnianiem metafizycznej więzi między partnerami.
Dlatego tak wiele osób podchodzi do niej jak do emocjonalnej, damskiej fanaberii. Tymczasem gra wstępna, bardziej niż wywołaniu poczucia bliskości, własnej wartości czy jakiejkolwiek innej „ości” (choć wszystkie one mogą mieć równie duże znaczenie dla chęci uprawiania seksu przez kobietę) tak naprawdę służyć ma najprostszym, fizycznym reakcjom kobiecego organizmu, jak choćby wydzielenie naturalnego nawilżenia dla pochwy, aby wprowadzenie do niej penisa było łatwiejsze i nie powodowało dyskomfortu czy wręcz bólu.
Gra wstępna? Na co mi ona…
„Mój mąż myśli, że wystarczy pstryknięcie palcami, żebym była gotowa do seksu i często próbuje we mnie wejść, kiedy nie jestem jeszcze wilgotna. Nie rozumie zupełnie mojego zdenerwowania, kiedy sygnalizuję mu, że jest to nieprzyjemne, odbiera to jako moje marudzenie lub wykręcanie się od seksu. A dla mnie po prostu ten seks nie kojarzy się dobrze”.
Usłyszałam to zwierzenie od jednej z koleżanek bardzo dawno temu i również teraz często zdarza mi się to słyszeć.
Czyż nie tego powinno się uczyć dorastającą młodzież? Nawilżenie jest ważne – bez niego naprawdę ciężko o orgazm. Pewnie, jak we wszystkich kwestiach na ziemi, zdarzają się osoby o odmiennych preferencjach, ale, hej, tak działa biologia, trudno się z nią kłócić.
Jeśli więc to, o czym czytasz powyżej, rezonuje – jeśli masz poczucie, że wypalenie, brak pożądania czy napięcie w relacji nie biorą się z „zepsucia”, lecz z niezrozumienia siebie i własnego ciała – „Syrenie łuski” Natalii RR mogą być naturalnym kolejnym krokiem. To lektura, która nie podkręca bodźców, lecz odzyskuje sens. Zamiast gotowych fantazji proponuje uważność, zamiast cudzych scenariuszy – własny rytm. Zaprasza do spojrzenia na seksualność nie jak na obowiązek czy performance, ale jak na proces: cielesny, decyzyjny i głęboko osobisty.