Kompromisy i presja w związkach, czyli jak jest z tym seksem…
On doszedł za szybko, ty straciłaś wenę w trakcie i zaraz po jego szczytowaniu stwierdziłaś, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć. I tak musisz jeszcze zrobić parę rzeczy do pracy, pranie, czy po prostu przypomniało Ci się, że nie zrobiłaś tego ważnego przelewu. Naturalnie jemu zależy na tym, aby bilans był wyrównany. W końcu jest mężczyzną postępowym, dla niego Twój orgazm także jest ważny. Ustalanie, że to przecież nie ostatni raz, kiedy uprawiacie seks, więc jeszcze będzie okazja do odwrócenia stolika. Ale czy czasem jednak zastanawiasz się jak wygląda całokształt tej statystyki? Ile razy przekładasz swoją przyjemność na „kiedyś”, bo i tak nie masz teraz na to czasu ani do tego głowy?
Jak wygląda wasz łóżkowy „kompromis” w tej sprawie?
Kompromisy, na które idziemy w związkach, nie są zazwyczaj efektem przemyślanych i uargumentowanych negocjacji. Po prostu, z którejś strony materiał się poddaje i całość jakoś się dopasowuje do całokształtu, a Ty po latach dostrzegasz, że naprawdę mocno odpuściłaś. Zapewne podobnie refleksje pojawić by się mogły lub pojawiają się po drugiej stronie. Chyba można to nazwać „docieraniem się”? To takie rzeczy, które choć są irytujące, to koniec końców dochodzisz do wniosku, że możesz z tym jakoś żyć, a i tak nie masz na oku nikogo lepszego. Zatem i na erotycznym polu pojawiają się pewne oczekiwania, których nikt nigdy nie wyartykułował, a jednak obydwoje jesteście świadomi ich istnienia.
Takie jak niepisana zasada wzajemności
Rewanż po seksie oralnym? Liczenie swoich i jego orgazmów, nawet orientacyjnie? I starania, by utrzymać korzystny dla siebie bilans lub dającą przewagę pozycję?
Hej, niech pierwsza rzuci we mnie kamieniem ta z Was, która nigdy, w całym swoim związku, nie powiedziała: „a pamiętasz, jak kiedyś (nie chciałam iść na urodziny twojej ciotki, ale jednak się zgodziłam?/miałam egzamin następnego dnia, ale poszłam z tobą na „Gwiezdne Wojny?/ dałam ci wspaniały orgazm, ale sama go nie miałam?/zrobiłam dla ciebie coś innego, miłego i całkowicie „bezinteresownie”)? No to właśnie przyszedł czas zapłaty. I nie chodzi mi tutaj o orgazmową bankowość, zaciąganie pożyczek przyjemności i wyliczanie odsetek do rewanżu. Nikt przecież nie chce robić z seksu przedmiotu lichwy.
Seks w związku
Jednak czy naprawdę nie czujesz czasem, że dajesz lub zaciągasz pewien kredyt, który kiedyś powinien zostać spłacony? I mimo że w życiu erotycznym nie istnieje instytucja komornika, to czujesz pewną presję, żeby jednak przypiąć pończochy do pasa i zrobić małe show. On także czuje, że nie była to rezygnacja, a tylko prolongata terminu płatności.
„To małostkowe”. „To nie przystoi upominać się o orgazm”.
Naprawdę? Być może zatem jestem prosta i wyrachowana, ale nie widzę absolutnie nic złego w egoistycznym myśleniu w kategorii ja/moje, zamiast w kategorii my/nasze. Dawno przestałam postrzegać związek w kategorii „my/nasze”, a raczej zaczęłam go postrzegać jako „ja w pewnym układzie odniesienia”. Myślę, że slogany na temat bycia jednością są tak naprawdę bardziej szkodliwe niż romantyczne. Nabijamy sobie głowę frazesami o tym, że musimy być jednomyślni i jednogłośni, podczas kiedy tak naprawdę w związku powinniśmy mieć przestrzeń do bycia sobą. To właśnie w związku powinniśmy mieć przestrzeń do bycia sobą, do realizacji swoich pragnień. To w związku powinniśmy znajdować wsparcie, by spełniać własne potrzeby, również, a może zwłaszcza, te erotyczne. Dlatego pilnowanie własnego „interesu” i bycie czasem odrobinę samolubną jest moim zdaniem bardzo uzasadnione.
Czy od dawania d..y spada korona? Jak jest z tym seksem?
A’propos łóżkowych obowiązków, jakiś czas temu w mediach społecznościowych natchnęłam się na ciekawą debatę. Sfrustrowany mężczyzna notował powody, jakie żona podawała mu, argumentując odmowę seksu. Na liście znalazły się różne argumenty, od tradycyjnego bólu głowy i zmęczenia, bo brudną pościel i wrażenie nieświeżości. Delikatnie mówiąc, niektóre z nich wydawały się dosyć błahe. Pod jego cynicznym postem rozgorzała debata, której uczestnicy albo wyrażali współczucie dla mężczyzny i twierdzili, że od czasu do czasu kobieta mogłaby pomimo niechęci udostępnić mu swoje części intymne, albo brali w obronę kobietę, twierdząc, że nie ma on prawa lekceważyć jej argumentów. „Jak nie ma ochoty, to trudno, nie musi być na każde zawołanie” – pisali obrońcy małżonki. „Jak by mu dała raz na jakiś czas, to korona by jej z głowy nie spadła! – kontrargumentowali adwokaci poszczącego męża.
Czy kobiety są stworzone do tego, żeby zaspokajać mężczyzn?
No jasne, że nie. Każdy, kto myśli inaczej, musi zdawać sobie sprawę z tego, że z tym nastawieniem jest coś kompletnie nie w porządku. Oczywiście, że w seksie chodzi o obustronną satysfakcję. Tylko jak ją osiągnąć, kiedy inaczej odczuwamy podniecenie, a do orgazmu zmierzamy zupełnie innymi drogami i w całkiem różnym tempie? To prawie tak, jakbyście wybierali na co pójść do kina, kiedy on kocha Universum Marvela, a Ty oglądasz tylko ambitne dramaty psychologiczne.
Czasem po prostu jesteśmy w impasie – Ty kompletnie nie masz ochoty, a on oczekuje, że zmienisz zdanie. Dlatego tak często pojawia się temat, czy „zmuszać się” do współżycia? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć zgodnie z własnym sumieniem.
Czy uprawianie seksu pomimo braku ochoty jest ustępstwem nie do przyjęcia? Moim zdaniem nie istnieje prawidłowa odpowiedź na to pytanie. W życiu robimy czasem wiele rzeczy, pomimo iż nie zawsze mamy na to ochotę. Choćby codzienne pójście do pracy, choć nie wierzę, że codziennie, bez wyjątku masz na to chęć. Mimo to zaciskasz zęby i z myślą o tym, co kupisz za wypłatę, maszerujesz do obowiązków. No ale seks nie może być przecież obowiązkiem, prawda? Przyjrzyjmy się temu głębiej.
Związek to sztuka kompromisu w seksie?
W związkach często rezygnujemy z własnej niezależności i godzimy się z perspektywą ustępstw. Uczymy się myśleć o wspólnym dobru i często przedkładamy je nad własne. W związku tak samo ważne są potrzeby obydwu stron. Czy więc danie partnerowi przyjemności jest zupełnie nie do przyjęcia? Dla niektórych zapewne tak. Nie należy iść na takie ustępstwo, jeśli może ono zostać okupione poczuciem doświadczenia krzywdy jednej ze stron. A takie poczucie może mieć miejsce, kiedy osoba ulega presji pójścia na ustępstwa i czuje się do nich niejako zmuszona. Ulega naciskowi wbrew własnej woli i ma wrażenie, że w jakiś sposób zostaje złamana. To powoduje negatywne powiązania z seksem czy nawet generalnie z mężczyznami.
Dawanie d..y z miłości, czy dawanie d..y za miłość?
Myślę, że odpowiedź na to pytanie jest kluczowa by stwierdzić jak się czujesz z tym, że tej d… dajesz. To śmiałe stwierdzenie, wiem, ale pozwól mi to wytłumaczyć. Jeśli myślisz o tym po prostu w kategorii bezwarunkowego „podarunku”, „miłej przysługi” z własnej, nieprzymuszonej woli, to w żaden sposób nie odbiera Ci to poczucia kontroli nad swoimi intymnymi częściami ciała. Może nawet sprawić, że poczujesz się lepiej, jak filantropka, dobroczyńca – w końcu zupełnie bezinteresownie pomagasz zaspokoić czyjeś potrzeby. Jeśli jednak czujesz, że pomimo iż bardzo nie chcesz, musisz dać tej d..y, bo inaczej zawiedziesz osobę na której Ci zależy, rozczarujesz ją lub zranisz odmową, obrazisz lub rozzłościsz, to nie ma mowy, żebyś czuła się z tym dobrze.
I takie właśnie łamanie samej siebie, tłumienie tego wewnętrznego buntu, kiedy wszystko w Tobie krzyczy „nie!!!”, a Ty rozważasz, żeby ten głos zignorować, świadczy o tym, że jesteś w toksycznej relacji. Z partnerem i ze sobą – oba układy są niezdrowe i wymagają przewartościowania.
Zmuszanie do seksu
W tym miejscu nasuwa mi się jedna ze „złotych myśli” mojej matki, która uprzedzała mnie, że chłopcy mogą próbować skłonić mnie do seksu, powołując się na miłość. „No przecież mnie kochasz, prawda? Więc w czym problem? Nie chcesz? Żebym był szczęśliwy? Moje potrzeby nie są dla ciebie ważne? To może mnie jednak nie kochasz? Jak to jest?”.
To jest tak, jak powiedziała Samantha z „Seksu w Wielkim Mieście” – „I love you, but I love me more”.
„Kocham Cię, ale siebie kocham bardziej”. I nie zrozum mnie źle, dziewczyno – jestem za kompromisami. Ale kompromis polega na tym, aby wypracować rozwiązanie będące do przyjęcia dla obydwu stron, a nie takie, która zmusza jedną ze stron do zrezygnowania ze swoich wartości, a nawet godności. To nie jest kompromis, jeśli czujesz presję, czujesz, że jesteś złamana, że się nie liczysz. Miłość i poświęcenie dla drugiej osoby mają swoje granice, nie u wszystkich takie same. Jednak bez względu na to, gdzie te bezwzględne granice przebiegają, stawiaj je jasno i egzekwuj je. I w drugą stronę – respektujmy granice innych. Te dwie rzeczy sprawiają, że nasza rzeczywistość staje się po prostu lepsza.
Pleasing – seks kosztem siebie?
Nie wszystkie jednak potrafimy tak po prostu uciąć potrzebę zadowalania innych jednym sprzeciwem. Pleasing to potrzeba spełniania oczekiwań innych z obawy przed utratą ich miłości (uwagi, docenienia). Boimy się, że jeśli przestaniemy ciągle komuś nadskakiwać, to staniemy się zbędne, niepotrzebne. Dlatego kosztem własnych wyrzeczeń, uczuć czy samopoczucia, za wszelką cenę jesteśmy na każdą zachciankę osób, na których nam zależy (a czasem nawet po prostu wszystkich).
Brzmi znajomo?
Jeśli również czujesz tą potrzebę uszczęśliwiania wszystkich nawet za cenę własnego komfortu, proszę Cię, abyś teraz sięgnęła pamięcią tam, gdzie leżą podstawy przekonania, że jest to Twoim celem, przeznaczeniem lub obowiązkiem? Kto Ci to powiedział? Kto Cię tego nauczył? A może jakaś sytuacja była tego początkiem lub uświadomiła Ci, że właśnie to robisz?
I tym sposobem płynnie przejdźmy do tego, jak trudno określić początek i koniec społecznego wpływu na nasze przekonania, naszą samoocenę, nasze postępowanie i całe nasze życie. A przecież to społeczeństwo narzuca nam normy, w które czujemy się w większości zobowiązani, aby się zmieścić. To opinia społeczna dyktuje nam co wypada, a co nie wypada.
Wypada uprawiać seks dwa razy w tygodniu. Nie wypada mówić o swoich seksualnych fantazjach i upodobaniach. Nie wypada mówić o tym, że seks nie sprawia Ci przyjemności. On może się chwalić tym, kogo zaliczył, jej nie wypada uprawiać seksu bez emocjonalnego związku. Kto o tym decyduje, ja się pytam? I kogo to jeszcze obchodzi, co komu wypada?
Seks jest moją sprawą?
Jeśli w jakikolwiek sposób mogę mieć wpływ na opiniotwórcze ciało społeczne, to oto, co wypada: wypada się zająć własnymi sprawami i przestać wsadzać nos w cudze życie. Nie wszyscy musimy pasować do jednego szablonu. To właśnie to, co nas wynosi ponad przeciętność sprawia, że jesteśmy interesujący. A to, że jesteśmy interesujący, przyciąga spojrzenia i budzi chęć komentowania.