PUNKT G – PRAWDA CZY FAŁSZ?
Wiem, że wielu z Was klient sexshopu może kojarzyć się z określonym typem człowieka – erotomanem, który przychodzi po nowe doznania niczym narkoman do dealera. Niektórym wciąż może się wydawać, że targetem takich miejsc są ludzie, którzy są na tyle rozwiąźli i zdeprawowani, że zwykły seks przestał ich zadowalać i są zmuszeni szukać innych bodźców. Tymczasem ktoś taki jak „typowy klient” nie istnieje. Do sexshopów przychodzą studenci, emeryci, zamożni, ubodzy, kobiety, mężczyźni, osoby w związkach, single, osoby które są bardzo doświadczone i te dopiero początkujące.
Wszyscy przychodzą do tego miejsca w jednym celu: chcą od życia erotycznego więcej. A „więcej” dla każdego znaczy coś innego, wiec każdy szuka innego sposobu, by zdobyć to „więcej”. „Więcej” to dla wielu z was po prostu odpowiedzi na frapujące was pytania, jak to „dlaczego nie mam orgazmu” i „dlaczego ona nie ma orgazmu”. Kobiecy orgazm okazuje się być zagadką dla wszystkich, a nad rozwiązaniem problemu jego braku pracują i kobiety i mężczyźni.
Jak to jest z tym punktem G i czy jest tematem tabu?
Sexshop, jeśli się nad tym zastanowić, jest idealnym miejscem do skierowania tam swoich pierwszych kroków. Uważam, że obsługa Klienta w takich miejscach jest bardzo specyficzna i wymaga wielu umiejętności. Jedną z nich jest sprawienie, by rozmówca czy rozmówczyni zaufali nam na tyle, by odważyć się otworzyć przed nami drzwi do najintymniejszych sfer własnego życia. Kiedy to nastąpi, zwykle takie rozmowy trwają bardzo długo. Dobrze jest móc porozmawiać o rzeczach, które często trzyma się w tajemnicy lub po prostu są w najbliższym środowisku tematami tabu. Okazuje się, że w głowie rodzi się wiele pytań, których dotychczas nie było komu zadać. Z tych rozmów i z tych pytań nasuwa mi się pewna statystyka.
Nie wiemy, jak są zbudowane nasze narządy płciowe. To znaczy, mamy jakąś ogólną, teoretyczną wiedzę, jednak często brakuje po prostu praktycznych doświadczeń. Demonizowanie masturbacji, skracanie gry wstępnej, mechanizowanie seksu, korzystanie z utartych schematów sprawia, że nie znamy własnych ciał ani ciał swoich osób partnerskich. Rezygnując z eksperymentów, tracąc przyjemność z eksploracji, odcinamy sobie drogę do bliskości i satysfakcjonującego seksu. Nie tylko nie wiemy, jak dawać przyjemność partnerowi czy partnerce, nie wiemy też, jak sprawić ją sobie, wiec jak możemy oczekiwać, że ktoś to odgadnie za nas?
TROCHĘ ANATOMII
Nie zamierzam tu nikogo zanudzać szczegółowymi faktami o budowie i funkcji żeńskich narządów płciowych, ale musimy w tym miejscu zrobić małą powtórkę ze szkoły. Część osób, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, nie potrafi poprawnie nazwać części swoich organów rozrodczych, myląc pojęcia. Przyjrzyjcie się, proszę, poniższej, prostej rycinie, na której znajdziecie wyszczególnione poszczególne części kobiecych narządów, zarówno te zewnętrzne, widoczne gołym okiem, jak również te ukryte wewnątrz ciała.

Kiedy porównamy budowę męskich i żeńskich narządów płciowych, znajdziemy sporo analogii. Łechtaczka jest żeńskim odpowiednikiem penisa i podobnie jak on, ma żołądź, napletek i ciała jamiste. W wyniku stymulacji do jej ciał jamistych pompowana jest duża ilość krwi, powodując jej erekcję. To dokładnie ten sam „hydrauliczny” mechanizm, który znajduje się również w męskim członku. Możecie pomyśleć, że różnicą między prąciem a łechtaczką jest ich wielkość. Podobnie jak penis, również łechtaczka ma nawet do kilkunastu centymetrów długości. Jednak w odróżnieniu od penisa – jej większa część jest ukryta wewnątrz, a dostęp do niej jest mocno ograniczony. Rozumiecie już, dlaczego kobietom ciężej o orgazm?
Żeby jednak nieco wyrównać nasze szanse, natura sprawiła, że łechtaczka jest dużo czulsza na stymulację. Źródła podają, że łechtaczka ma nawet 8000 zakończeń nerwowych, podczas gdy penis ma ich około 4000. Orgazm objawia się między innymi skurczami pochwy – różne źródła podają, że może ich być od 3 do 12. Szczytowanie może trwać nawet do 2 minut u kobiety (choć mówi się, że średnia to ok. 20 sekund), podczas gdy u mężczyzny trwa zaledwie kilka sekund. Kobiety mają również zdolność do orgazmów wielokrotnych, podczas gdy u mężczyzn po orgazmie następuje faza, w której penis pozostaje niewrażliwy na bodźce.
Powracając do tematu orgazmu z punktu G, którego przeżycie, w wyniku społecznej presji, stało się punktem honoru tak wielu kobiet, to musicie koniecznie wiedzieć kilka rzeczy.
WINIĘ ZA TO WYCHOWANIE
Z perspektywy dorosłego człowieka widzę, jak wiele słów wzięłam do siebie, słysząc je jako dziecko i jaki wpływ miały one na moje dalsze życie. Nadmienić muszę, że moje dzieciństwo przypadało na przełom lat 80./90., a wychowywałam się w maleńkim miasteczku, więc przekazywana dzieciom tzw. życiowa mądrość nie miała żadnych filtrów. W takich środowiskach podwójne standardy, piętnowanie pewnych postaw, tabuizowanie okołoseksualnych tematów to norma. O seksie uczyłam się na biologii i od rówieśników. Żadne z tych źródeł nie traktowało tej naturalnej dla człowieka czynności w sposób poważny czy wyczerpujący. Seks służy do przedłużenia gatunku. Budowa damskich narządów rodnych jest taka, a męskich – taka. W atmosferze niezręczności podawano jeszcze kilka innych ważnych dla podstawy programowej informacji technicznych. Na biologii nie było miejsca na emocje, wrażenia, cokolwiek subiektywnego – wyłącznie suche fakty.
Mieliśmy kilka razy pogadanki na życiowe tematy od strony praktycznej, otrzymując pobieżne informacje o szeroko pojętym planowaniu rodziny – pamiętam, że była mowa o obliczaniu dni płodnych (nigdy się tego nie nauczyłam, dzięki technologii za aplikacje) i metodach antykoncepcji. Jednocześnie nie było także żadnego przedmiotu, który tchnął w te fakty odrobinę prawdziwego życia. Podsumowując – wiedzę można było czerpać od rodziców, którzy niechętnie wyobrażali sobie swoje małe oczka w głowie w intymnych sytuacjach, równie niechętnie też implementowali obraz siebie w intymnych sytuacjach w mózgi swoich pociech. Aktualnie zastanawiam się, dlaczego seks budził od zawsze wokół siebie tyle kontrowersji, jednak zdecydowanie myśląc o populacji ludzi na całej planecie, raczej zakładamy, że większość z nich regularnie go uprawia. Albo przynajmniej dąży do regularnego zaspokajania swoich erotycznych potrzeb. Dlaczego zatem możemy to robić, ale nie możemy o tym mówić?
Co to za tajemnica poliszynela?
Szkoła nie uczy uprawiania seksu. Poza biologią, na której uczymy się anatomii i poznajemy proces zbliżenia od bardzo pragmatycznej strony, mamy jeszcze rodziców. Co prawda mają oni praktykę i czują się w obowiązku odpowiadać na pytania, ale ich niechęć do rozmowy oraz filtrowanie informacji, a często także tendencyjność, w zasadzie dewaluują to źródło jako metodę uzyskania wartościowej, wiarygodnej wiedzy. Przynajmniej w „moich czasach” tak było – nikt nie rozmawiał na te tematy z rodzicami, a oni sami takich rozmów również nie inicjowali. Jestem przekonana, że moja matka z ulgą przyjęła fakt, że szybko zrezygnowałam z wypytywania jej o takie kwestie.
Możemy zatem wiedzieć, jak spłodzić potomka, ale nie wiemy, jak czerpać przyjemność z seksu.
Zresztą nawet z moich krótkich i zdawkowych rozmów z rodzicielką wyniosłam całkiem spory bagaż bzdur, które później rzutowały na wszystkie dziedziny mojego życia. Nie twierdzę, że nikt nie mógł liczyć na swoich rodziców pod względem edukacji seksualnej, jednak wnosząc po tym, że moja wiedza nie odbiegała zbytnio od tej, którą posiadali rówieśnicy, ci, którzy mieli takie wsparcie, byli w zdecydowanej mniejszości. W związku z tą, jak mogłoby się wydawać, zmową milczenia wokół seksu, szukanie informacji na ten temat było czynnością dość wstydliwą, a ciekawość w tej materii raczej starannie tuszowaną. Czy dziś też jest podobnie i młodzi ludzie muszą ukrywać głód wiedzy o swoich ciałach? Moje kompetencje nie pozwalają na przeprowadzenie wartościowych, metodologicznych badań, jednak rozmowy z wieloma Klientkami sexshopu w różnym wieku pozwalają mi wysnuć wniosek, że edukacja, czy to szkolna, czy domowa, nadal zawodzi w naszym kraju.
Wiele dorastających dzieci nie ma nikogo, do kogo może zwrócić się z pytaniami o zmiany, których doświadczają. Ciągłe marginalizowanie tego tematu doprowadza do powielania szkodliwych stereotypów i podwójnych standardów, które nie zmieniają się od dziesięcioleci.
WINIĘ ZA TO SPOŁECZEŃSTWO
W czasach emancypacji i równouprawnienia wciąż zadziwia mnie, jak patriarchiczny bywa erotyczny świat i jakie ogromne jest na to społeczne przyzwolenie. Przyznam, że także moje. Po prostu niektóre schematy są tak utarte, że do głowy nie przychodzi, by je kwestionować. Duża liczba partnerów seksualnych czy zdrada są łatwiejsze do zaakceptowania w przypadku mężczyzny niż kobiety. Kolejnym niesprawiedliwym poglądem, który zdaje się pokutować w społeczeństwie, jest ten, że kobieta powinna spełniać seksualne oczekiwania mężczyzny mimo że nie ma ochoty na zbliżenie i ten, że najważniejszym celem stosunku jest osiągnięcie orgazmu przez mężczyznę. Sama bardzo długo myślałam w ten sposób i długo pracowałam nad tym, by nie czuć wyrzutów sumienia, że zaspokojenie moich potrzeb trwa o wiele dłużej, że mój orgazm nie przychodzi tak łatwo.
Podczas mojej pracy w sexshopie rozmawiałam z setkami Klientek, które często miały podobne spostrzeżenia, traktując orgazm jako przyjemny, lecz jednak uboczny efekt zadowalania swojego Partnera. Nie potrafiły oddać się czystej, egoistycznej przyjemności, ponieważ ciągle stresowały się tym, że być może mężczyzna jest już zniecierpliwiony, a nawet zdenerwowany. Kolejną rzeczą, o której można myśleć, gdy orgazm nie przychodzi, jest to, że być może w tej sytuacji on zaczyna negatywnie oceniać siebie lub swoje umiejętności. Analizowanie sytuacji sprawia, że podniecenie słabnie, a cały akt zbliżenia dostarcza więcej frustracji niż satysfakcji. Utożsamiam się z takim właśnie wzorem, ponieważ nie zliczę ile razy mój seks przypominał bardziej operację na otwartym sercu niż namiętne chwile zapomnienia. Przez powracające, natrętne myśli o dłużących się chwilach bezskutecznych wysiłków zaczęłam rezygnować z własnego orgazmu.
Dlaczego zamiast rozmawiać – udajemy?
Udawanie orgazmu to częsty pomysł w takich chwilach. Intencje są szlachetne – w końcu nie chcesz, żeby ktoś czuł się źle z tą sytuacją. Kilka minut aktorstwa sprawi, że osoba partnerska da Ci spokój bez pytań i nie będzie czuć, że Cię zawiodła (zdarza się to również w związkach kobieco-kobiecych, ale dużo rzadziej). Wtedy możecie szybko zapomnieć o sprawie. I niby to idealne rozwiązanie, ale nie do końca. Nim się obejrzysz, znajdujesz się w błędnym kole. Partner czy partnerka nie wiedzą, że potrzebujesz do orgazmu czegoś więcej, żyje w przeświadczeniu, że trzęsie Twoim światem w posadach. Ty robisz dobrą minę do złej gry i chowasz swoje potrzeby głęboko do kieszeni, brnąc dalej w to kłamstwo. Jeśli przestaniesz udawać – druga osoba zacznie się zastanawiać, dlaczego to, co robi, przestało na Ciebie działać, a Ty w końcu będziesz zmuszona wyznać prawdę. Chyba że masz zamiar dalej budować tę iluzję i zrezygnujesz z prawdziwego orgazmu na zawsze.
Czy jest dobry sposób, by powiedzieć osobie partnerskiej, że wyczyny, z których była tak dumna, tak naprawdę nie robiły na Tobie żadnego wrażenia? Pozostawię to pytanie retorycznym. Moją konkluzją jest natomiast, że udawanie orgazmu jest chyba najbardziej znamienitym sposobem rezygnowania ze swojego szczytowania.
Dlaczego kobiety czują się w pewnym stopniu zobligowane do postawienia męskiej satysfakcji przed własną?
Długo się nad tym zastanawiałam i być może jedną z przyczyn jest podział ról, jakie przypadły nam w społeczeństwie? Mężczyzna – żywiciel rodziny, zapracowany i zestresowany, wymagający szacunku i zrozumienia. Kobieta – altruistyczna, empatyczna opiekunka, skłonna poświecić wszystko, by zaspokoić potrzeby swoich bliskich i zrealizować przy okazji swoją największą ambicję bycia potrzebną. Słowo daję, czasem wciąż mi się wydaje, że świat tak wygląda, pomimo całej postępowości, w którą tak chcielibyśmy wierzyć. Jednak wiele sygnałów pozwala sądzić, że rzeczywistość jest nieco inna. Odnoszę wrażenie, że minie jeszcze wiele dziesięcioleci, a może nawet wieków, zanim te różnice się zatrą. Nie dlatego, że jesteśmy jak pikle pływające w szczelnie zamkniętym słoiku, kisząc się w swoich średniowiecznych poglądach. Nie dlatego, że jesteśmy kryptokonserwatystami. Po prostu przez wieki ta paskudna spuścizna światopoglądowa zapuściła w nas korzenie tak głęboko, że sami nie wiemy, dokąd sięgają.
Często sami nie jesteśmy w stanie określić, w którym momencie zostają przekraczone granice, gdzie zaczyna się dyskomfort a relacje przestają spełniać normy lub oczekiwania którejś ze stron. Nie doszukuję się w tym naszej winy. Naszej – kobiet, mężczyzn, tego czy innego pokolenia. Po prostu różnimy się priorytetami, wartościami, doświadczeniami i być może wszystkim innym. Osobiście uważam jednak, że jeżeli czujemy szacunek do drugiego człowieka, jesteśmy zdolni do empatii, życzliwości czy kompromisu. Czy do tych kilku ekstra minut spędzonych na doprowadzeniu kogoś do szczytowania. Ta wielka dygresja miała prowadzić do konkluzji, że jeśli potrzeba nam więcej czasu, to jest zupełnie w porządku, a osoba partnerska, której zależy na zaspokojeniu nie tylko własnych potrzeb, nie będzie robić z tego problemu. Nasz orgazm ma takie samo znaczenie i mamy prawo być pod tym względem nieco samolubne.
WINIĘ ZA TO KULTURĘ
Stereotypy atakują nas z każdej strony, predefiniując nasze spojrzenie na nas same i wszystko, co robimy. Przysłowie mówi, ze trzeba wioski, by wychować dziecko. Niestety poszczególni przedstawiciele wioski mogą przekazywać przysłowiowemu dziecku nie tylko to, co mają najlepsze do zaoferowania. Mogą wtłaczać w nie to, czym sami zostali nafaszerowani, czyli szeroko pojęte „dziedzictwo intelektualne” przodków, które nie zawsze znajduje odzwierciedlenie lub zastosowanie w naszych czasach. Dostajemy zatem jakieś wyrwane z czasoprzestrzeni mądrości, na których budujemy swoją osobowość. Nie odnosicie takiego wrażenia?
A wiecie co jeszcze, poza całą wioską, wtłacza nam cały stek bzdur i każe w nie wierzyć? Telewizja.
Pominę fakt, że kobiety od dzieciństwa wtłaczany mają wyidealizowany wizerunek faceta – księcia, obrońcy, wybawiciela. Finalne pokonanie przeciwności losu i pojednanie się z wybrankiem zawsze oznacza happy end i zamieszkanie z tym wzorowym, doskonałym pod każdym względem mężczyzną w jego wielkim zamku, w otoczeniu jego życzliwej i kochającej służby. Skoro żyjemy w XXI w. i wiemy już, że piękny ślub wcale nie musi być jedynym marzeniem i kulminacją życia kobiety, dlaczego dalej karmimy dzieci tymi burdami? Zresztą, przyznajcie – ilu znacie facetów będących w posiadaniu gotyckiego zamku?
W filmach pornograficznych jest podobnie. Każdy hydraulik, listonosz czy dostawca pizzy nie dość, że jest hojnie wyposażony przez naturę, to dodatkowo ma wspaniałe umiejętności doprowadzenia Partnerki do spazmów rozkoszy, gdy tylko włoży swojego członka do jej pochwy. Może mężczyźni faktycznie myślą, że taka jest naturalna kolej rzeczy? Może dlatego długie dochodzenie jest takie niezręczne? Bo pani na filmie już od pierwszego pchnięcia traci zmysły z nadmiaru przyjemności, a ta w łóżku jest ledwie zainteresowana. Swoją drogą, wyobrażacie sobie, jak by wyglądał taki film nakręcony „na faktach”? Z facetem, który doszedł zbyt szybko i kobietą, która nie zdążyła dojść i musiała udawać? Ale nie. Magia telewizji działa również w produkcjach porno, dając odbiorcy kilkadziesiąt minut fascynującego seksu, niekontrolowanych jęków rozkoszy bez grama potu czy rozczarowania.
Panie na filmach zawsze są chętne.
Nie pozwalają się długo prosić, nie wymagają gry wstępnej, ponieważ ociekają naturalną lubrykacją o każdej porze dnia. Na każde życzenie są gotowe do akcji, z chęcią rzucają wszystko, co aktualnie robią i rozkładają nogi.
Nawet trochę się nie dziwię, że niektórzy mężczyźni (a także kobiety) są skonfundowani. Z jednej strony mówi się, że seks to nic trudnego, każdy to potrafi, to jest przecież instynktowne. Z drugiej uderza w nas różnica w poziomie libido, hormony, trudności kobiety z osiągnięciem orgazmu i wiele innych przeszkód, których się po prostu nie spodziewamy, na które nie jesteśmy przygotowani, przygotowane. Bez względu na płeć jesteśmy tak samo sfrustrowani tym, ze kobiety miewają problemy z osiągnięciem orgazmu.
Wracając do tytułowego punktu G – istnieje, ale żeby go znaleźć, potrzebna jest współpraca, wiedza i cierpliwość obu stron, a także odrzucenie wielu stereotypów. W czym gorąco życzę Wam powodzenia!
Zapraszamy do czytania w każdą niedzielę! Zobacz też nasze felietony z serii STO GRZECHÓW.