Grzech przekroczonych granic – kiedy „okej” nie znaczy „tak”
Autor
Piątkowy wieczór. Druga butelka wina. Ty się śmiejesz, ja się śmieję, wszystko jest lekkie, ciepłe, przyjemne. Leżymy na kanapie. Moja ręka na twoim udzie. Twoja głowa na moim ramieniu. I czuję ten moment – ten moment, kiedy alkohol rozmywa granice, kiedy wszystko wydaje się możliwe.
Nachylam się do ciebie. Całuję twoje usta, twój kark, schodzę niżej. Czuję, jak twoje ciało reaguje – przynajmniej tak mi się wydaje. Więc idę dalej. Moja dłoń wędruje pod twoją bluzkę. Czuję twój oddech – szybszy? A może to tylko moje podniecenie? I wtedy mówię to. Szepczę ci do ucha: „Weź go do buzi„. Sztywniejesz. Ale tylko na sekundę. Może dwie, ale nie mówisz „nie”. Więc kontynuuję. „Chcę, żebyś wzięła głębiej. Nie tak jak zwykle. Naprawdę głęboko„. Widziałem to w tych filmach. Te dziewczyny, które robią to tak… intensywnie. Które nie boją się. Które biorą wszystko, bez wahania, bez granic.
I chcę, żebyś ty też tak mogła. Dla mnie. „Chcę poczuć tył twojego gardła” – mówię, a wino sprawia, że te słowa wydają się mi śmiałe, podniecające, a nie… no właśnie, czym one są? Widzę twoje oczy. Ten błysk – wahanie? Strach? Ale nie mówisz „nie”. Więc kontynuuję. „Proszę. Chcę, żebyś to zrobiła dla mnie. Tak jak w tych…” – urywam, ale oboje wiemy. Jak w tych filmach. Jak te inne kobiety. I kiedy się pochylasz, kiedy zaczynasz – jest inaczej niż zwykle. Czuję twoją niepewność. Czuję, jak się krztusisz, jak cofasz głowę. Ale moja dłoń jest na twoich włosach.
Nie pociągam. Nie zmuszam. Po prostu… prowadzę. Nie przekraczam granic, prawda?
Lekko. „Jeszcze trochę. Możesz głębiej? O tak….!” Słyszę twój oddech – nieregularny, płytki. Chyba widzę łzy w kącikach twoich oczu. Ale to przecież normalne, prawda? Tak to wygląda na filmikach. To tylko odruch. To nic złego. „Boże, tak mi dobrze” – mówię, bo myślę, że to cię zmotywuje. Że usłyszysz, jak bardzo ci dziękuję. Ale ty nie wyglądasz na zadowoloną. Wyglądasz na… przestraszoną? A może zdeterminowaną? Jakbyś wykonywała zadanie. I część mnie to widzi. Część mnie wie, że to nie jest przyjemność dla ciebie. Że robisz to, bo poprosiłem. Bo nalegałem. Bo wino sprawiło, że nie umiałaś powiedzieć „nie”. Ale inna część – ta podniecona, ta egoistyczna – myśli: „Przecież się zgodziła. Przecież tu jest. Przecież gdyby naprawdę nie chciała, to by powiedziała”. I kiedy kończę, kiedy ty uciekasz do łazienki – czuję tę mieszankę. Satysfakcję i wstyd. Podniecenie i dyskomfort.
Bo przecież nie zmusiłem cię. Prawda?
Po prostu poprosiłem o coś więcej. O przekroczenie tej granicy, którą zawsze miałaś. O zrobienie czegoś, co widziałem w tych filmach i chciałem poczuć z tobą. I ty się zgodziłaś. Ale zgodziłaś się, bo chciałaś? Czy zgodziłaś się, bo bałaś się powiedzieć „nie”? I to jest pytanie, którego nie chcę sobie zadawać. Bo jeśli znam odpowiedź, muszę przyznać, że zrobiłem coś złego. Więc mówię sobie: następnym razem będzie lepiej. Następnym razem będziesz przyzwyczajona. Następnym razem może nawet ci się spodoba. Bo łatwiej jest myśleć, że to kwestia praktyki. Niż przyznać, że przekroczyłem granicę, której nie powinienem przekraczać.
Autorka
Piątkowy wieczór. Druga butelka wina. Śmiejemy się z czegoś głupiego, całujemy się jak na początku, wszystko jest lekkie. I nagle czuję twoją rękę. Mocniejszą niż zwykle. Zdecydowaną.
Twoje usta przy moim uchu. „Weź go do buzi„. Zwykle to tak nie brzmi. Zwykle jest delikatniej. Więcej pytania, mniej rozkazu. Ale dziś jesteś inny. Wino cię rozluźniło. Albo dodało ci śmiałości. I zanim zdążę odpowiedzieć, mówisz dalej: „Ale nie tak jak zwykle. Chcę, żebyś wzięła głębiej. Tak głęboko jak tylko potrafisz…„. Moje ciało sztywnieje. Bo znam to „zwykle”. To, co robimy, to nasza strefa komfortu. To jest okej. To mogę zrobić. Ale to, o czym teraz mówisz… „Naprawdę głęboko” – dodajesz. „Jak w tych filmach, co ostatnio oglądaliśmy razem po zapaleniu„.
I nagle wszystko staje się jasne. Przypomniałeś sobie. Tamte kobiety, które robią to bez wahania, bez granic, bez odruchu wymiotnego. Profesjonalistki. Aktorki, które mają płacone za to, żeby wyglądało, jakby to kochały. A ty chcesz, żebym ja była taka. Dla ciebie. Z miłości. Mam sekundę. Jedną sekundę, żeby zdecydować. „Nie wiem, czy…” – zaczynam, ale twoja dłoń jest już w moich włosach. Nie ciągnie. Po prostu… leży tam. Jest jak przypomnienie i wyczekiwanie w jednym. „Proszę” – mówisz. I w tym słowie jest wszystko. Błaganie. Oczekiwanie. Ten cień rozczarowania, jeśli odmówię.
Więc mówię cicho: „Okej”. Czy przekraczam swoją granicę?
Pochylam się. Zaczynam tak jak zwykle. Ale ty nie jesteś zadowolony. „Głębiej” – szepczesz. Więc robię głębiej. Czuję, jak gardło mi się zaciska. Odruch. Naturalny, nieświadomy. Moje ciało mówi „stop”. Ale ty jęczysz zadowolony: „Jeszcze głębiej. Błagam„. Próbuję. Naprawdę próbuję. Dla ciebie. Bo cię kocham. Bo chcę być tą dziewczyną, która może dać ci wszystko. Ale moje ciało protestuje. Krztuszę się. Cofam głowę, łapię oddech. Łzy napływają do oczu – nie ze smutku, po prostu odruch. „Spokojnie” – mówisz. „To normalne. Spróbuj jeszcze raz„.
I próbuję. Bo jak mam nie próbować? Skoro prosisz. Skoro to dla ciebie takie ważne. Tym razem idę jeszcze głębiej. Czuję, jak ty jęczysz z przyjemności: „Tak, kurwa, tak!„. A ja czuję panikę. Nie mogę oddychać. Moje gardło się zaciska. Łzy płyną. Ale słyszę: „Jeszcze chwilę, już prawie„. I ja zostaję. Bo co mam zrobić? Odepchnąć cię? Powiedzieć, że to za dużo? A jeśli pomyślisz, że jestem nudna? Że inne dziewczyny by to zrobiły? W końcu dochodzisz. Gwałtownie, czuję to od razu w gardle. Cofam się, łapię oddech. Gardło boli. Oczy łzawią. Czuję się… użyta. To nie jest to słowo, którego chcę użyć myśląc o tobie, o nas, ale… „Boże, to było niesamowite” – mówisz, a ja udaję uśmiech.
Bo przecież się zgodziłam. Prawda? Nikt mnie nie zmuszał.
Po prostu zrobiłam to, o co prosiłeś. Ale kiedy uciekam do łazienki, kiedy patrzę na siebie w lustrze – widzę rozmazany tusz, czerwone oczy, spuchnięte usta. I czuję się obco we własnym ciele. To nie jest to, czego chciałam. Chciałam być blisko. Chciałam czułości, przytulenia, może leniwego seksu pod kocem. Ale ty chciałeś czegoś innego. Czegoś z tych filmów. Czegoś ostrzejszego. I ja ci to dałam. Bo kocham cię bardziej niż szanuję własne granice. I to jest najsmutniejsze. Nie to, że mnie o to poprosiłeś. Ale to, że ja się zgodziłam. Że wybrałam twoje zadowolenie nad swój komfort. I wiem, że następnym razem znowu się zgodzę. Bo łatwiej jest zrobić to przez pięć minut, niż tydzień znosić myśl, że cię zawiodłam. Ale za każdym razem czuję, jak ta granica przesuwa się dalej. Jak tracę kawałek siebie. I nie wiem, ile jeszcze mogę dać, zanim nie zostanie już nic.
Autorzy
To nie jest felieton o standardowo pojmowanej przemocy. To felieton o piątkowym wieczorze, drugim winie i dwóch ludziach, którzy kochają się na tyle, żeby zostać razem – ale nie na tyle, żeby powiedzieć sobie prawdę. On nie jest potworem. Nie zmusza. Nie grozi. Po prostu prosi. I zakłada, że „okej” znaczy „tak”. Ona nie jest bezradną ofiarą. Nie jest niewinna. Mogła powiedzieć „nie”. Ale wybrała milczenie, bo wydawało się bezpieczniejsze. I żadne z nich nie rozumie, co się stało. Dla niego to był moment bliskości, dla niej moment uległości. „Dała mi to, więc chce tego”. Dla niej to było: „Dałam mu to, bo bałam się odmówić”. Większość mężczyzn twierdzi, że nigdy nie domyśliłoby się, że partnerka czuje dyskomfort – bo „przecież się zgodziła”. I tu jest problem. Nikt nie uczy nas, że „okej” nie jest tym samym co „tak”. Że zgoda powinna być entuzjastyczna, niewymuszona lękiem.
Nikt nie uczy nas pytać: „Czy naprawdę tego chcesz? Nie czy się zgadzasz – czy tego pragniesz?”.
I nikt nie uczy nas odpowiadać szczerze. Mówić: „Nie, wolałabym się przytulić. Nie, dziś chcę innej bliskości”. Ale jeśli nie można powiedzieć „nie”, to „tak” nic nie znaczy. Może pora przestać udawać, spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć boję się, że jeśli zapytam:
- Nie dam ci tego, czego chcesz, przestaniesz mnie kochać
- Czy naprawdę chcesz – usłyszę 'nie’. I wtedy co?
Może wtedy ludzie odkryją, że bliskość nie polega na braniu i dawaniu. Że polega na wzajemności. Na słuchaniu. Na pytaniu. Że czasem najpiękniejszym aktem miłości nie jest powiedzenie „tak”. Ale powiedzenie „nie” – i usłyszenie „rozumiem”.
Bo granice nie niszczą miłości. One ją budują.
Sprawdź TUTAJ
Sto Grzechów
Czytasz? Daj znać na naszych socjalach!
Już za tydzień: Grzech nieoddawania siebie
Kiedy miłość zamienia się w jednostronną inwestycję. Ty dajesz czas, dotyk, czułość, wysiłek – dosłownie całego/ą siebie. A w zamian dostajesz „później”, „nie teraz”, „zmęczona jestem”.
Kiedy w łóżku liczysz nie orgazmy, tylko kompromisy, przytulasz, choć nikt nie przytula ciebie. Kiedy kochasz za dwoje, bo druga osoba już dawno przestała.
I nagle orientujesz się, że nie jesteście parą. Ty jesteś związkiem. A ona/on tylko w nim bywa.
wstyd-nie-uczy-nas-granic-uczy-nas-milczenia
2026-01-12 @ 15:37
[…] warsztaty i wspieram osoby w stawianiu granic. Tego nie da się nauczyć z artykułu czy książki. TO trzeba przećwiczyć na konkretnych […]