Przeglądam te profile na Tinderze i szukam jakiegoś błysku. Czegoś, co mnie wzruszy. Nie mówię o miłości, choć ona bywa wzruszająca. Mówię o oryginalności. Czegoś więcej w opisie niż „jestem normalny”. Normalny, czyli jaki i wg czyjej miary? Wyglądam oczy za opisem, w którym zdań jest więcej niż trzy. Może źle trafiłam i oczekuję literatury w miejscu przeznaczonym do czegoś innego? Może w ogóle za dużo oczekuję? Jeśli na Tinderze siedzi przekrój naszego społeczeństwa, to marnie to widzę. Bo nawet jeśli szukam s*ksu, to niech ten s*ks poprzedzają jakieś zdania. Taka jestem zboczona, że lubię, jak jest o czym rozmawiać przed i po. Jak mi ktoś mózgu dotknie tak, że c*pka robi się wilgotna. A zwykłe „Hej, co słychać?” to i tak już dużo. A ja serio mam w opisie tyle, że jest się czego złapać. Trzeba tylko chcieć. A jak się jednemu z drugim nie chce, to w łóżku mu się będzie chciało coś więcej, niż włożyć i wyjąć? Więc nawet z s*ksem jest problem, bo przecież nikt miłości tam nie szuka. Powiecie, że wybrzydzam. Pewnie tak, ale kto mi zabroni? Po aplikacji unosi się duch pustki i desperacji. Ta jest najgorsza i jakże odstręczająca. Byle gdzie, byle z kim, byleby było. Dziękuję, postoję. Wolę, gdy drugiej stronie nie jest obojętne, z kim to robi, tylko po prostu chce ze mną. Bo oboje poczuliśmy flow. Z mojej perspektywy lepsi w tym są żonaci. Oni już mieli uniesienia, a s*ks to nie jest dla nich coś magicznego i nieosiągalnego. Zazwyczaj jednak jest on już nudny, przewidywalny i wcale nie tak często jak kiedyś. Więc im nie jest obojętnie, jaki seks będą mieli z kochanką. Oni marzą o uniesieniach, o tym, że coś jeszcze w życiu poczują. I świetnie, biorę, choć wolałabym, by żona jednak wiedziała, ale mało kto jest w tym kraju na tyle otwarty, by szczerze ze sobą porozmawiać i to zrozumieć. Jednak nie ja żonie obiecywałam szczerość, wierność i uczciwość. Pretensje proszę zgłaszać gdzieś indziej. Choć w naszym kraju nadal pokutuje, że „jak suka nie da… itd”. Dam, jak będę miała ochotę. Kobiety tak lubią wybielać swoich facetów i zwalać winę na inną kobietę. Oj, lubią. Może kiedyś przestaną się pięknie oszukiwać.
Ale wracając do Tindera, bo o nim była mowa – da się spotkać kogoś ciekawego, ale potrzeba na to czasu, cierpliwości i uważności. Czasem okazuje się, że wcale nie musi być to osoba do s*ksu. Może być fajny kumpel czy kumpela. Bo ktoś okazał się ciekawy, ale Wam nie błysnęło. W każdym razie Tinder to niesamowicie ciekawe narzędzie socjologiczne. Można sobie po prostu wejść i obserwować. I dziwić się, bo człowiek zdecydowanie wychodzi ze swojej bańki. I dobrze, warto wiedzieć, co się dzieje poza nią. A dzieje się, dzieje. Polecam. Tylko nie nastawiajcie się na szał uniesień, bo to nie Podkowiński. Na nic się nie nastawiajcie, wtedy ominie Was żal i frustracja. A kto wie, może znajdziecie złotego Graala. Tak przypadkiem. Czego Wam i sobie życzę.
A jakie są Wasze doświadczenia z tą aplikacją?
H. M.