Są takie filmy, po których nie chcesz rozmawiać – tylko czuć i pytać.
Widziałam dziś film „Substancja” w reżyserii Coralie Fargeat z cudowną Demi Moore i byłam pod wrażeniem metafor, jakie się w nim pojawiają. Mnie od razu nasunęły się pytania:
– Gdzie są granice mojej potrzeby przypodobania się innym?
– Czy tylko w maskach, jakie zakładam, można mnie akceptować?
– Dlaczego moje ciało to wciąż towar?
– Jak długo mężczyźni będą mi mówić, jak mam wyglądać, zachowywać się i ubierać?
– Dlaczego nie umiem siebie kochać?
– Dlaczego wciąż nie akceptuję ciemnej strony siebie?
– Jaką część siebie próbuję wymazać, żeby zasłużyć na uwagę?
– Ile razy odcięłam się od siebie, by być „wystarczająco ładna”, „wystarczająco dobra”, „wystarczająco akceptowalna”?
– Co się stanie, jeśli przestanę starać się spełniać cudze oczekiwania?
– Czy potrafię spojrzeć w lustro i zobaczyć siebie – nie obraz siebie, nie ciało „do poprawki”, ale siebie jako całość?
– Kto zyskuje na tym, że wciąż jestem niepewna siebie?
– Dlaczego uczono mnie wstydu szybciej niż przyjemności?
– Czy moje ciało kiedykolwiek należało tylko do mnie?
– Kiedy ostatnio dotknęłam siebie z czułością, a nie z oceną?
– Ile razy byłam dla siebie najgorszym oprawcą, bo tak mnie nauczono?
– Dlaczego kobiecość wciąż trzeba udowadniać, udoskonalać, ulepszać?
– Czy piękno to coś, co można odzyskać – czy coś, czego nigdy nie straciłam?
– Ile razy moje ciało krzyczało, a ja się uśmiechałam?
– Czy mogę się starzeć z dumą, nie wstydem?
– Gdzie kończy się pielęgnacja, a zaczyna samowymazywanie?
– Jak bym wyglądała, gdybym nie patrzyła na siebie oczami innych?
– Czy jestem gotowa zobaczyć siebie naprawdę – bez filtra, bez pozy, bez wstydu?
– Ile z tego, co nazywam „swoim wyborem”, naprawdę wybrałam?
– I dlaczego, do cholery, tych pytań jest tak wiele??
Ile z tych pytań to także Twoje pytania?
Może właśnie dlatego ten film tak we mnie uderzył. Bo zamiast odpowiedzi, zostawił mi bagaż pytań, których nie da się już unieść bez zmiany.
Bo to nie jest historia o substancji. To historia o substytucie.
O tym, jak często próbujemy wlać coś z zewnątrz w miejsce tego, czego nam nie wolno było zbudować od środka.
Wartości.
Bliskości.
Spokoju.
Rozkoszy.
Siły.
Wiary w siebie.
Miłości do siebie.
Zgody na ból.
Prawa do gniewu.
Wyrażania emocji
Czułości bez winy.
Bezpiecznego miejsca w sobie.
Zaufania do własnego głosu.
Zmysłowości, która nie potrzebuje uzasadnienia.
Jakby można je było kupić.
Wygładzić.
Przefiltrować.
Wytrenować.
Jakby nasze ciała miały być jedynie nośnikiem cudzych pragnień.
Albo odwróceniem cudzych lęków.
A może jedyną prawdziwą substancją jestem ja sama?
Ty sama?
My – zanim nauczono nas, że to za mało?
Do zobaczenia w lustrze. Bez filtra. Bez pozy. Bez wstydu.