„Nie zakochaj się”.
Znacie ten tekst? Ja w ostatnich latach słyszałam go wielokrotnie – zarówno z ust mężczyzn, jak i kobiet. Czasem ktoś mi o tym opowiadał, a czasem był kierowany prosto do mnie. Różnie, bo zbieram opowieści, ale też doświadczam historii.
Ostatnio znów zaczęłam randkować. Chociaż określenie „randkować” jest może lekko na wyrost, ale niech będzie – jest kawa, są randki? Uznajmy na potrzeby tego felietonu, że tak. Rozglądam się więc, gdzie 30– i 40-latki szukają kogoś, z kim można spędzać czas. Gdzie i jak to się robi. Co się słyszy, co się mówi i jak się gra w tę grę. Nie wiem jak u Was, ale w moim otoczeniu rozwody wyrastają jak grzyby po deszczu, a w ostatnim roku mam wrażenie, że ten deszcz i grzyby to za mało do tej metafory. Na każdym rogu czai się ktoś samotny, kto szuka. Wracamy więc do tej „kawy” – randkowej lub opowiedzianej.
„Tylko się nie zakochaj” – sama usłyszałam to kilkukrotnie w ciągu ostatniego roku. Na start dostajemy ostrzeżenie: może być fajnie, możemy wiele, ale pamiętaj: tylko się nie zakochaj. Nie związek, nie ślub, nie „razem”. Razem, ale tak jednak osobno. Plusy bez minusów, bo zakochanie – zdaje się – niesie właśnie je: problemy.
Dlaczego tak bardzo boimy się zakochania? (Dalej mówię o 30– i 40–latkach, bo jakoś tak wyszło, że to mój target wiekowo–związkowo–przyjacielski, więc znam sporo takich historii). Dlaczego na samą myśl o motylach w brzuchu robimy się zieloni_e jak emotikonka w telefonie? Co się stało z tym: „Kochaj mnie!”
Jak to jest z tym zakochaniem?
Zakochanie – stan, w którym endorfiny szaleją, w którym druga osoba wydaje się najwspanialsza na świecie, ba! Sam świat nagle staje się piękniejszy, idealny. Zakochanie jest trochę jak haj narkotykowy: chcemy więcej, mocniej, dalej. I jak w „zakochaniu” nie widzę problemu, tak my/ja/obojętne boimy się chyba właśnie tego „dalej”. Bo „dalej” już mieliśmy. Po zakochaniu nadchodzi „miłość”. Wywraca wszystko do góry nogami, sprawia, że możemy (tak, dziś będzie dużo banalnych metafor) przenosić góry, spalać światy… no i tak trochę się rozmnażać, budować domy, sadzić drzewa. Miłość zaślepia nam zdrowy rozsądek, sprawia, że chcemy wszystkiego: kredytu, rodziny, ogródka.
No i wracamy do 30–, 40–latków, którzy dostali już łopatami po głowie. Miłość się wypaliła, rutyna zjadła wszystko, a prostota rozstania sprawiła, że poczuli wolność. Bo wolność jest fajna. Brak miłości to brak odpowiedzialności, to brak dzielenia się opinią, to świetne uczucie, gdy nic nie musimy. Nawet zmywać, gdy nie mamy ochoty. „Tylko się nie zakochaj” – słyszę i rozumiem. Nie chcę związku, już miałem, nie nadaję się, nie chciałabym, nie mam sił na kolejny. Po prostu: „się nie zakochaj”. Tak jakbyśmy mogli_ły sobie zdecydować i zalać te głupie motyle kwasem. Nie możemy. Walimy banałem „niezakochania”, bo to wygodne i łatwe. Ostrzeżenie. Sama kiedyś tak mówiłam: „Nie zakochaj się we mnie, bo bolę”.
Smutne te nasze czasy „niezakochiwania”
Kiedyś przeczytałam, że kobiety zakochują się szybciej, że wraz z orgazmem dostają strzał hormonalny – no i mają tę zakochaniową zaćmę. Za to nie widzę ostatnio nieprzytomnie zakochanych Werterów, ale może nie ma ich wśród 40-latków. Zrobiliśmy się wygodni, wygodne. Ta nasza udawana samotność jest wygodna. Nie bierzemy odpowiedzialności, stawiamy na samodzielność. Mamy dostęp do całkiem fajnych „nibyzwiązków” – takich niezakochanych, ale przecież jest z kim pójść do kina, łóżka (no tylko może do lekarza nie ma z kim pójść). Nie chcemy kochać, sparzyliśmy się na miłości. Rozczarowałyśmy się nią? Tylko: dlaczego? Jakie są przyczyny? Gdzie jest haczyk?
Nie wiem. Chciałabym wiedzieć, bo ja lubię stan zakochania – chociaż tego 15-minutowego, tangowego. Chyba bardziej boję się etapu drugiego: miłości. Kiedyś powiedziałam mężczyźnie: „Łatwo się w Tobie zakochać, ale ciężko się Ciebie kocha”. Mając te trzydzieści dziewięć lat (lub ileś tam), wiemy, że miłość boli. To wyrzeczenia, dopasowywanie się, kłótnie, wspólne spanie – gdy leżymy i wiemy, że osoba obok nas chrapie, ale w sumie niech chrapie. A jednak tych minusów jest więcej. Jakby każde sparzenie miłością zostawiło ranę. Może to rana, może brak wolności. Może zwyczajnie: pomału przestajemy nadawać się do długich związków i łapiemy się w „szoty” zauroczenia? Zauroczenie to to przed zakochaniem. To bezpieczniejsze. Tak jakbyście nie wiedzieli.
Cóż, w d*pie to mam. „Nie zakochaj się we mnie”? Bo co? To ja, cała jestem zakochaniem. Bo mogę. Bo to moja sprawa, czy pozwolę temu zmienić się w to straszniejsze na „M”. A nawet gdy pozwolę, to ja poniosę konsekwencje.
„Nie zakochaj się, nie chcę związku, nie nadaję się” – piękne kolce. Takie o kant d*py, bo cóż my możemy? Nic. Przecież o zakochaniu decydują hormony… chyba, a może nie?
– „Mamo, miłość boli” – powiedział ostatnio mój 10-letni syn (wprawdzie w innym kontekście, ale co tam). Wiem, że boli. Ale pal to licho. To mój ból.
Za to zakochałam się ostatnio w haśle: „Poznam mężczyznę, który nie boli”. I nie zakocham się. Po prostu, jak będę miała ochotę, to będę kochać.
A Wy? Zakochujecie się? A może kochacie siebie na tyle, aby mieć na to całkowicie wywalone?
Miłego dnia, Natalia Dziadura