Powoli zbieram się w sobie. Już wiem, jak to zrobić. Przyglądam się sobie z góry, z lotu ptaka. Jak fotograf łapię siebie w kadr, ogniskuję swój obraz i filtruję go przez soczewkę oka. Obniżam lot, palcami dotykam swojego ciała. Przez warstwy spoconej skóry i wytrenowanych mięśni schodzę głębiej, do środka. Dochodzę do swojego wnętrza i delikatnym dotykiem rozbieram siebie, zdejmuję wierzchnie warstwy i ostrożnie odkładam na bok.
Na samej górze są pancerze i skorupy, którym w dorosłym życiu świadomie i z wyboru powierzyłam zadanie, by chronić to, co skrywam w środku. Budowałam je w sobie przez lata, a teraz je z siebie zdejmuję, rozkładam i dekonstruuję.
Pod zastygniętymi skorupami leżą warstwy lżejsze. Najgłębsze są te, które osłaniają duszę. Są jak jedwab, w wielu miejscach poprzecierane tak, że widać w nich nici osnowy i wątku, w innych starannie zacerowane i połatane skrawkami blokad i mechanizmów obronnych. Gdzieś po drodze życia, nawet nie wiem kiedy, musiałam zgubić klucze i kody zwalniające blokady. Pewnie ciągle tam leżą, ale ich nie widać, bo pokrył je opadły z drogi tuman kurzu niepamięci. Możliwe też, że – jak wiewiórka orzech – zakopałam je gdzieś dawno temu i teraz nie pamiętam gdzie.
Najstarsza warstwa miejscami wrasta w duszę, zrasta się z nią i nasiąka jej krwią. Wiem, że nie mogę jej już zdjąć ani oddzielić. Z uważnością i spokojem przyglądam się duszy. Patrzę. Widzę ją. Dostrzegam i czuję. Obserwuję, jak pulsuje. 7,83 Hz na Rezonansie Schumanna. Stoję tak chwilę w ciszy i lekko unosząc kąciki ust ku górze, otwieram je i mówię: „Cześć. Widzę Cię”. Ona też mnie dostrzega i widzi. Patrzy na mnie. Na mój widok jej tętno przyspiesza i z każdym wdechem warstwę jedwabiu przesiąka gładki blask czerwieni. W środku uśmiecha się do mnie. Wiem, że mnie lubi. A ja lubię ją. Zżyłyśmy się z sobą przez lata i łączy nas teraz nowa, świeża, dobra i zdrowa umowa barterowa – dzięki niej mogę doświadczać niebytu i wieczności, a ona dzięki mnie doświadcza cielesności. I trwamy tak chwilę w ciszy, poza przestrzenią i poza czasem.
„Czas wracać” – mówi w końcu do mnie, a ja w uśmiechu lekko mrużę oczy i w porozumieniu kiwam głową. I decyduję się wracać. W powrotnej drodze nakładam na siebie warstwy i skorupy. Pancerze odkładam, bo już mi się nie służą i czuję, że już nie są moje. Skorup i warstw nie układam już ciasno. Zostawiam między nimi wolną przestrzeń, przez którą odtąd do środka będę wpuszczać światło.
I kiedy tak już stoję – cała, złożona i poukładana od nowa, to czuję się trochę jak małż: na zewnątrz twardy, ale miękki w środku, i jestem bardzo jak Kaśka – opinie ludzi, ja już nie dbam o to, stare strupy na ranach, które teraz lubię, seks bez miłości, ale w przyjaźni, kot w pustym mieszkaniu i moje łóżko. Od zawsze chodzę tylko swoją drogą, a moje ciało? Dobrze się w nim czuję. I lubię samotność, w której słyszę ciszę.
L.G.
Felieton napisała nasza Czytelniczka na podstawie opowiadania w „Obiektywie” z naszej antologii „Dziewięć wypraw na granice”.
Grafika: Freepik