Hanka V. Mody rozmawia z Grzegorzem Wittem, gdańskim fotografem, którego wystawę „Ciało” objęłyśmy patronatem jako EoS.
Grzegorz Witt od 17 lat rozwija swój język wizualny, eksplorując cielesność, tożsamość i emocje. Jego zdjęcia, inspirowane greckimi kanonami piękna, skupiają się na formie i fakturze, eliminując tożsamość modeli, by każdy widz mógł odnaleźć w nich siebie. Doświadczenia walki z uzależnieniem i kryzysami uczyniły fotografię dla niego narzędziem transformacji i samoakceptacji.
H: Twoje fotografie są bardzo intymne. Czym jest dla Ciebie ciało – materią czy opowieścią? Czy myślisz o ciele jako o fizycznej formie, czy raczej jako o pamiętniku przeżyć, emocji, historii?
G: Dla mnie ciało to przede wszystkim opowieść – złożona, wielowarstwowa, nierzadko niedopowiedziana. To nie jest tylko zbiór mięśni, kości i skóry, ale nośnik emocji, pamięci i doświadczeń.
Ciało pamięta wszystko – zarówno czułość, jak i ból.
W jego gestach, napięciach, bliznach, zmarszczkach czy sposobie poruszania się zapisane są całe rozdziały życia. Można z niego czytać jak z księgi – trzeba tylko nauczyć się uważności.
Fotografując ciało, staram się nie tylko pokazać jego formę, ale przede wszystkim wydobyć z niego historię. Czasem subtelną, intymną – jak lekki grymas na ustach, cień na ramieniu, zgięcie kolana. Innym razem dramatyczną – w spojrzeniu skóry po operacji, w napięciu karku czy w asymetrii gestu. Każdy fragment ciała ma swoją osobowość, swoje emocje, swój głos.
Ta narracyjność ciała fascynuje mnie najbardziej. To dlatego w mojej fotografii tak często pojawiają się detale – bo to właśnie one potrafią powiedzieć najwięcej. Czasem więcej niż słowa, więcej niż twarz. W plecach można zobaczyć zmęczenie, w dłoniach opiekuńczość, w stopach drogę, którą ktoś przeszedł.
Wierzę, że kiedy pokazuję ciało w sposób prawdziwy, bez retuszu – daję przestrzeń na to, by widz również zobaczył w nim cząstkę siebie. Może się z czymś utożsami, może coś poczuje. Może odnajdzie swoją własną opowieść – i to jest dla mnie największy sens tej pracy.
H: Skąd wzięła się potrzeba fotografowania ciała?
G: Czy ciało – z jego kruchością, siłą, tajemnicą – przyszło do Ciebie samo jako temat, czy to Ty przyszedłeś do niego?
Od zawsze fotografuję ludzi, więc ciało jest cały czas blisko mnie – obserwuję je, rozmawiam o nim, uczę się go.
Z czasem zauważyłem, że samo ciało – bez pokazywania twarzy, bez opowiadania, kim ktoś jest – mówi bardzo dużo. Ciało nie umie kłamać. Widać po nim, czy ktoś się boi, jest szczęśliwy, spięty czy spokojny. I to mnie przyciąga – ta szczerość.
W świecie, gdzie wiele rzeczy jest sztucznych, ciało jest autentyczne.
Fotografuję ciało też dlatego, że chcę pokazać je bez wstydu. Wiele osób nie lubi swojego ciała, bo kultura mówi, że powinno wyglądać „lepiej”. Ja chcę temu zaprzeczyć. Chcę pokazać, że każde ciało jest dobre takie, jakie jest. I często osoby, które przychodzą do mnie na zdjęcia, mówią potem, że to było dla nich ważne – że dzięki temu zaczęły patrzeć na siebie inaczej. To dla mnie bardzo cenne.
H: Wiele Twoich zdjęć jest czułych, ale nie wygładzonych. Pokazujesz detale, fakturę skóry, niedoskonałości. Czy to artystyczny wybór, czy akt buntu wobec kultury retuszu i instagramowej perfekcji?
G: To całkowicie świadomy wybór, wręcz jeden z fundamentów estetyki tego projektu. Nie interesuje mnie tworzenie obrazów, które wpisują się w schemat „idealnego ciała” promowanego przez media społecznościowe, reklamy czy świat mody. Nie chcę produkować kolejnych wizualnych iluzji. Pragnę pokazać ciało takie, jakie jest – z całą jego fakturą, asymetrią, przebarwieniami, liniami i śladami czasu. To dla mnie nie „niedoskonałości”, ale świadectwa życia.
W dobie filtrów, wygładzania, poprawiania wszystkiego od A do Z – nawet tego, co naturalne i piękne – autentyczność staje się czymś rewolucyjnym. Pokazanie skóry bez makijażu i retuszu, rozstępów, blizn, cellulitu, zmarszczek czy przebarwień to nie tylko estetyka – to postawa. To wybór mówienia: „To jest w porządku. To jesteś Ty. To jest piękne”.
W moich zdjęciach próbuję zawrzeć czułość – ale nie tę słodką i sztucznie wygładzoną, tylko prawdziwą. Czułość, która nie polega na upiększaniu, lecz na akceptacji. Bo tylko patrząc na ciało takim, jakie ono jest, możemy naprawdę zobaczyć człowieka. Tylko wtedy możemy być blisko.
Dla mnie fotografia to nie jest tylko sztuka – to też odpowiedzialność. Mam świadomość, że to, co pokazuję, może wpływać na sposób, w jaki inni patrzą na siebie. Dlatego tak bardzo zależy mi na tym, by dawać przestrzeń dla prawdy – nie dla ideału. Wierzę, że prawdziwe ciało, sfotografowane z czułością, ma w sobie o wiele więcej siły niż jakikolwiek wykreowany obraz perfekcji.
H: Twoja wystawa nosi tytuł „Ciało”, ale można ją też odczytać jako opowieść o akceptacji, obecności, wolności. Co najbardziej chciałeś przekazać?
G: Najważniejszym przesłaniem tej wystawy jest dla mnie akceptacja – siebie, swojego ciała, swojej historii. Chciałem powiedzieć głośno i wyraźnie, że każdy z nas zasługuje na to, by czuć się dobrze we własnej skórze. Że nie musimy spełniać żadnych zewnętrznych standardów, by być wystarczający, by być piękni.
Wystawa „Ciało” to zaproszenie do spojrzenia na siebie z większą czułością. Do zatrzymania się i zauważenia, jak często jesteśmy dla siebie zbyt surowi – szczególnie jeśli chodzi o wygląd. Chciałem pokazać, że ciało nie musi być doskonałe, by było wartościowe. Że każdy z nas nosi na sobie swoją niepowtarzalną opowieść – zapisaną w bliznach, zmarszczkach, gestach, napięciach. I że to właśnie ta nieidealność czyni nas ludźmi.
Dla mnie fotografia ciała to forma rozmowy – delikatnej, ale szczerej.
Chciałem, żeby odbiorcy mojej sztuki poczuli się dotknięci nie tylko obrazem, ale emocją, która za nim stoi. Może ktoś odnajdzie w zdjęciach swoje własne lęki, może ktoś zobaczy, że nie jest sam. Może ktoś po raz pierwszy spojrzy na swoje ciało z większym zrozumieniem, a nie z krytyką.
Wystawa „Ciało” to również wyraz wdzięczności wobec osób, które mi zaufały i pozwoliły sfotografować siebie w sposób tak odsłaniający, prawdziwy, czasem kruchy. Dzięki nim mogłem opowiedzieć historię o obecności, o odwadze bycia sobą, o wolności. Mam nadzieję, że ta opowieść zostanie z odbiorcami na dłużej – i że może stanie się początkiem czegoś ważnego: wewnętrznej zgody na siebie.
H: W wydawnictwie EoS mówimy często, że ciało jest nośnikiem emocji, pamięci, rozkoszy. Że można nim pisać, jeśli tylko się go słucha. Czy dla Ciebie ciało też mówi? Jeśli tak – to co?
G: Tak, ciało mówi – cały czas. Często nawet głośniej niż słowa. Przekazuje emocje, opowiada o tym, co przeżyliśmy, co nosimy w sobie, z czym się zmagamy. Trzeba tylko nauczyć się je słyszeć, zobaczyć te sygnały, które są subtelne, ale niezwykle wymowne. Ciało to nasz język bez słów – bardzo osobisty i szczery. Nie potrafi udawać, nie zna masek. Może milczeć, ale milczy znacząco.
Jako fotograf często obserwuję, jak ciało „mówi” zanim jeszcze osoba stanie w pozie. Jakie napięcia pojawiają się w ramionach, jak ustawiają się stopy, gdzie chowa się wstyd, a gdzie nieśmiałość zamienia się w pewność siebie. To są momenty, które warto uchwycić – bo w nich właśnie kryje się prawda o człowieku.
H: Na Twoich fotografiach nie widzimy całych postaci – pokazujesz fragmenty ciał, detale: plecy, piersi, stopy, uda, pośladki. Co daje takie podejście? Czy poprzez fragment można opowiedzieć więcej niż przez całość? Czy to celowe „obcięcie” to sposób na uniwersalność, na zaproszenie widza do własnych skojarzeń i emocji? A może fragment ciała mówi więcej o człowieku niż jego twarz?
G: Fragment ciała może być bardziej uniwersalny – pozwala widzowi dopisać własne skojarzenia, emocje, wspomnienia. Moim celem nie było tworzenie klasycznych portretów konkretnych osób, ale opowieści, które każdy może odczytać po swojemu. Kiedy nie widzimy twarzy, łatwiej wejść w kontakt z obrazem emocjonalnie, bez oceniania, bez przywiązywania się do tożsamości czy wyglądu konkretnej osoby.
Czasem to właśnie fragment – obojczyk, linia pleców, dłoń oparta na biodrze – mówi więcej niż całość. Może zasugerować intymność, napięcie, delikatność, siłę. Działa bardziej jak poezja niż proza – nie opowiada wszystkiego, ale zostawia miejsce na interpretację. I to właśnie w tym niedopowiedzeniu widzę największą siłę fotografii ciała.
H: Wystawa „Ciało” poruszyła wiele osób – być może dlatego, że patrzenie na ciało bez pożądania, ale z czułością, jest dziś rzadkością. Co chcesz powiedzieć przez swoją sztukę tym, którzy przychodzą ją oglądać?
G: Chcę powiedzieć, że na ciało można patrzeć z czułością i delikatnością – bez pożądania, bez oceny. Że wrażliwość to nie słabość, ale siła. Że każde ciało zasługuje na uwagę i szacunek, niezależnie od tego, jak wygląda, ile ma lat, jaki ma kształt czy kolor skóry. Chciałbym też – jak już wcześniej wspominałem – przypomnieć, że powinniśmy kochać siebie takimi, jakimi jesteśmy. Bez warunków, bez porównań, bez wstydu. Moje fotografie to próba stworzenia przestrzeni, w której ciało może być po prostu sobą – widziane, ale nie oceniane; pokazane, ale nie uprzedmiotowione.

H: Wspominałeś, że fotografia pomogła Ci oswoić trudne momenty. Czy sztuka może być terapią? Albo ścieżką do samoakceptacji?
Zdecydowanie tak. Dla mnie fotografia była czymś znacznie więcej niż tylko pasją – stała się drogą ratunku. Towarzyszyła mi prawie od zawsze, zarówno w dobrych, jak i bardzo trudnych momentach mojego życia. Przeszedłem przez ciemne etapy – uzależnienia, kryzysy, chwile, gdy wszystko wydawało się bez sensu. Alkohol, narkotyki – to były realne i bolesne doświadczenia. Ale nawet wtedy nigdy nie porzuciłem fotografii. Trzymałem się jej kurczowo, jakby była ostatnim bezpiecznym punktem w chaosie.
To właśnie dzięki niej – dzięki temu, że mogłem tworzyć, wyrażać siebie, szukać piękna mimo wszystko – powoli zacząłem wracać do życia. Fotografia pomogła mi zrozumieć siebie, zaakceptować to, co było, i zacząć od nowa. Dziś mogę powiedzieć, że żyję szczęśliwie, świadomie i z ogromną wdzięcznością – również dla tej sztuki, która po cichu, ale skutecznie mnie uratowała.
H: Czy są książki lub autorki, autorzy, którzy wpłynęli na Twój sposób patrzenia na ciało? A może inspirują Cię inni artyści wizualni?
G: Inspiruje mnie wiele osób – zarówno znanych artystów, jak i tych zupełnie nieznanych. Fotografuję już prawie dziewiętnaście lat i przez ten czas spotkałem się z ogromną różnorodnością stylów, podejść i spojrzeń na ciało. Ale największy wpływ miała chyba po prostu moja droga jako fotografa.
Przez obiektyw poznałem setki ludzi – kobiet i mężczyzn, z różnymi ciałami, twarzami i historiami. Każda sesja to było nie tylko zdjęcie, ale też spotkanie z człowiekiem i jego opowieścią. I właśnie te spotkania najbardziej mnie ukształtowały. To one nauczyły mnie patrzeć na ciało z szacunkiem, ciekawością i otwartością.
Ale najważniejszą osobą, która wpłynęła na moje spojrzenie, jest moja Partnerka – Ilona. To ona pomogła mi zrozumieć, jak piękne i różnorodne może być ludzkie ciało. To ona pokazała mi, jak patrzeć z czułością i zrozumieniem. Jej sposób myślenia bardzo mnie ukierunkował i do dziś mocno mnie inspiruje.
Oczywiście cenię wielu fotografów i artystów wizualnych, ale najbardziej inspirują mnie zwykli ludzie – ich naturalność, emocje, prawda. Dzięki nim widzę, że ciało to nie tylko wygląd, ale też historia, życie, uczucia.
H: Czym dla Ciebie jest nagość? Czy to wciąż temat tabu, czy przeciwnie – narzędzie wolności?
G: Nagość nie jest dla mnie tabu. Nie widzę jej jako czegoś wstydliwego czy kontrowersyjnego – wręcz przeciwnie, postrzegam ją jako coś naturalnego, prawdziwego. Nagość to nie tylko brak ubrania, ale przede wszystkim stan bycia bez masek, bez udawania – pełne odsłonięcie siebie, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. W tym sensie jest bardzo intymna, ale nie musi być seksualna. Może być wyrazem zaufania, odwagi, wolności.
Fotografując nagie postaci, skupiam się na kadrach, kompozycji, świetle – a nie na erotycznych motywach. Dla mnie ciało to forma, z której można budować obraz – delikatny, symboliczny, poruszający. Interesuje mnie harmonia linii, napięcie mięśni, faktura skóry – to wszystko może opowiedzieć historię, niekoniecznie związaną z pożądaniem. Moje zdjęcia nie są o seksie – są o człowieku. O jego prawdzie, kruchej sile i pięknie, które nie potrzebuje upiększania.
H: Czy jest jakaś część ciała, która szczególnie Cię fascynuje – artystycznie, emocjonalnie?
G: Każda część ciała ma swój urok – nawet łokcie czy obojczyki! Często żartuję, że większość z nas – zapytana o fascynującą część ciała – podświadomie myśli o „tych dwóch rzeczach”, które kultura najczęściej stawia w centrum uwagi. I szczerze mówiąc, zanim zacząłem Projekt CIAŁO, sam prawdopodobnie byłbym jedną z tych osób.
Ale ten projekt całkowicie zmienił moje spojrzenie. Zrozumiałem, jak niezwykłą mozaiką jest ludzkie ciało – pełną form, struktur, napięć, historii. Każdy fragment może być poruszający – linia karku, zgięcie kolana, faktura skóry na łopatce, sposób, w jaki dłoń odpoczywa na biodrze. To właśnie te pozornie nieoczywiste miejsca zaczęły mnie najbardziej fascynować – bo one często mówią najwięcej.
W codziennym życiu większość z nas nie zauważa takich detali. Patrzymy na ciało przez pryzmat ogólnych schematów – rzadko kiedy zatrzymujemy się nad małymi fragmentami, które składają się na całość. Projekt CIAŁO nauczył mnie patrzeć z większą uważnością – dostrzegać piękno tam, gdzie wcześniej go nie widziałem. I to właśnie w tych detalach, w tych „cichych” częściach ciała, odkryłem największą głębię.

H: Czy sztuka może pomóc w powrocie do ciała – szczególnie po traumie, dysocjacji, braku akceptacji? Czy miałeś kiedyś poczucie, że Twoje zdjęcia kogoś „uzdrawiają”?
G: Tak – i to jest chyba jeden z najgłębszych wymiarów tej pracy. Zdarzały się sesje, które dla osób przed obiektywem były nie tylko estetycznym doświadczeniem, ale też głębokim procesem terapeutycznym. Fotografowanie siebie – szczególnie w odsłoniętej formie – może być aktem konfrontacji, ale też ogromnej łagodności i otulenia.
Często słyszę zdania typu: „Nigdy wcześniej nie lubiłem zdjęć i nie myślałem, że mogę tak dobrze na nich wyjść” albo „Faktycznie nie wyglądam tak źle na zdjęciach”. To może brzmieć jak drobne spostrzeżenia, ale kryje się w nich ogromna zmiana spojrzenia na siebie. To są momenty, które mnie poruszają i które dają mojej pracy sens.
Sztuka – a zwłaszcza fotografia – może stać się lustrem, w którym człowiek po raz pierwszy zobaczy się naprawdę. I jeśli to lustro odbije coś dobrego, coś akceptującego – to może być krok w stronę uzdrowienia. Niekoniecznie spektakularnego, ale subtelnego, cichego, wewnętrznego. Tego typu spotkania zostają ze mną na długo.
H: Czy fotografowanie ciała zmienia sposób, w jaki sam na nie patrzysz – zarówno cudze, jak i własne? Czy ten proces coś w Tobie otwiera, uczy, przekształca?
G: Zdecydowanie tak. Moja sylwetka nie jest „idealna” w rozumieniu kulturowych standardów, ale dzięki fotografii i wszystkim sesjom, które zrobiłem do tej pory, kocham samego siebie takim, jakim jestem. Jestem szczęśliwy i zadowolony z życia. Tak samo – ze swojego CIAŁA.
Jeśli chodzi o ciało innych – uważam, że każdy człowiek ma w sobie coś pięknego. Czasem to kwestia spojrzenia, światła, czułości. Trzeba też pamiętać, że każdy ma inny gust. Jedna osoba powie: „Masz piękne dłonie”, inna: „Masz wspaniałe pośladki”. Nie zapominajmy, że ciało to również oczy, palce, uszy… Wszystko może być piękne, jeśli damy sobie czas, by to zobaczyć.
Projekt CIAŁO to nie tylko zdjęcia. To proces patrzenia z uwagą, uważności wobec siebie i drugiego człowieka. To próba zobaczenia piękna tam, gdzie często przez lata nie chcieliśmy patrzeć. I może właśnie dlatego ma to taką siłę.
Wywiad przeprowadziła Hanka V. Mody
Dziękujemy serdecznie i zapraszamy do obserwowania profilu Grzegorza Witta na Facebooku