Nie wiem, jak Wam się kojarzy zawód pisarki, ale ja widziałam siebie w starym, ceglanym domu na wsi, z papierosem w ręku przy drewnianym stole oświetlonym lampką, wystukującą słowa na klawiaturze laptopa (aż tak szalona nie jestem, by myśleć o maszynie do pisania ). Oczywiście słowa płyną wprost z natchnionej duszy, układając się w zgrabne opowieści. W tych snach o dekadencji rodzi się obraz artysty, który z wielką pasją i cierpieniem oddaje się tworzeniu – zmagając się z własnymi demonami, które kryją się za każdym zdaniem. Bla bla bla…
Jednak rzeczywistość bywa surowsza. Bycie pisarką to nie tylko melancholijne uniesienia i romantyczne godziny spędzone nad klawiaturą, ale także nieustanna walka z pustką, z brakiem słów, z dniami, kiedy myśli zdają się rozpuszczać niczym woda po deszczu. To zawód, w którym inspiracja może być równie ulotna, co mgła o poranku.
Ale pal licho bóle twórcze, jest jeszcze coś, czego nie przewidziałam, myśląc i jakże się myląc, że to zawód dla samotniczek, którzy lubią ukrywać się z dala od ludzi i tworzyć. O ja głupia. Okazuje się, że pisarka musi wychodzić do ludzi i musi spotyka się z czytelnikami_czkami. Czytelnicy_czki tego oczekują, wydawnictwo tego oczekuje, różne domy kultury i biblioteki tego oczekują. A więc trzeba wyjść do ludzi (a tam ludzie), pokonać swoje demony, ubrać się schludnie ukrywając nadmierne kilogramy, uśmiechać się i jeszcze mówić z sensem i ciekawością. Ha. Lekko nie jest.
Na szczęście są takie interlokutorki jak Dorota Lińska–Złoch, której udało się namówić mnie na spotkanie autorskie w Cafe Szafa w Gdańsku, gdzie spotkałyśmy się na początku stycznia. Jej dowcip, inteligencja i niepowtarzalny urok sprawiły, że rozmowa była jak najlepsza książka – pełna niespodzianek, głębokich refleksji, ale także chwil śmiechu. Dorota ma talent do zadawania pytań, które nie tylko wydobywają to, co najważniejsze, ale robią to w sposób lekki i pełen humoru.
Nasza rozmowa była jak wyprawa w nieznane, zanurzenie się w świat, gdzie erotyka, ciało i akceptacja spotykają się z magią słowa. Razem z Dorotą odkrywałyśmy, że prawdziwa literatura to nie tylko doskonałe zdania, ale przede wszystkim emocje, które w nich drzemią – od delikatnej czułości, po dziką namiętność, która potrafi rozświetlić najciemniejsze zakamarki naszej duszy.
Rozmawiałyśmy o tym, jak ważne jest akceptowanie siebie, naszego ciała, które nosimy jak osobistą opowieść pełną blizn i triumfów. Nasza nowa antologia „Dziewięć wypraw na granice”, będąca manifestem przekraczania granic, została stworzona właśnie po to, aby inspirować do odkrywania tego, co prawdziwe, nieupiększone, ale autentyczne.
W moich poprzednich książkach odnajdziecie echa tej samej pasji – chęć zanurzenia się w ludzkich emocjach, poszukiwania prawdy i piękna w niedoskonałości. Dorota przypomniała słuchającym, że pisanie to nie tylko rzemiosło, ale sztuka otwierania się na siebie i innych, nawet jeśli oznacza to ryzyko zranienia lub upadku. Bo właśnie w tym ryzyku kryje się magia tworzenia – w każdej literze, w każdym oddechu, który zamykamy na papierze.
Dziś chcę podzielić się z Wami tym, co wyniosłam z tej rozmowy. Niech będzie to zaproszenie do refleksji – do przekraczania własnych granic, do celebrowania ciała, emocji i słowa, które razem tworzą nasze życie. Bo choć czasem droga bywa wyboista, to właśnie w tych niedoskonałościach kryje się prawdziwa esencja istnienia.
Czy jesteście gotowi odkryć siebie na nowo? Sięgnijcie po naszą antologię, której premiera już wkrótce.
Hanka V. Mody
Fotografia: Julita Dubowska









