Wywiad z Kasią z Seksperci.pl
Hanka V. Mody rozmawia z Katarzyną Wójcikowską, patronką naszej nachodzącej książki „Od stycznia będę się puszczać” i towarzyszącej jej akcji społecznej #puszczam się. Jako seksuolożka w trakcie specjalizacji i edukatorka, doceniona m.in. przez Forbes Women oraz fundację SEXEDPL, Kasia odczarowuje tabu i inspiruje do bycia sobą.
Hanka: Co sprawiło, że zajęłaś się edukacją seksualną? Czy był jakiś moment, w którym poczułaś, że to jest Twoje miejsce zawodowo i życiowo? Gdybyś miała opisać swoją misję w jednym zdaniu – jak by ono brzmiało?
Kasia: To nie był jeden konkretny moment. To było raczej pasmo niezgód – na wstyd, na niewiedzę, na brak języka, którym można byłoby mówić o seksie normalnie, bez poczucia winy czy zażenowania.
Ale jeśli miałabym wskazać przełom, to chyba ten, kiedy zobaczyłam, jak wiele dorosłych ludzi, w relacjach, unika rozmowy o swoich potrzebach. Jak bardzo chcą bliskości, ale boją się o nią zapytać. Jak często seks kojarzy się z napięciem zamiast z przyjemnością. To wtedy poczułam: To jest to. Tu chcę być. Tu jestem potrzebna.
Edukacja seksualna to dla mnie nie tylko wiedza. To język, którym można opowiadać o ciele, pragnieniu i relacji – bez wstydu, bez przemocy, bez przekłamań.
Gdybym miała opisać swoją misję w jednym zdaniu, brzmiałaby tak:
Rozmawiać, edukować, inspirować – i to bez cenzury!
H: Dlaczego wciąż tak trudno mówić o seksualności otwarcie, nawet wśród młodych, progresywnych osób?
K: Bo nawet jeśli jesteśmy „progresywni” na zewnątrz, to w środku wciąż nosimy to, co nam wszczepiono dużo wcześniej – zanim jeszcze zdążyliśmy się zorientować, o co w ogóle chodzi.
Wychowywaliśmy się w kulturze, która przez lata mówiła o seksie półsłówkami. Albo wcale. Albo językiem ostrzeżeń, zakazów i wstydu. Seks miał być jednocześnie super i grzeszny. Piękny i niebezpieczny. Naturalny, ale o tym się przecież nie mówi.
To, że ktoś ma post na story o consent culture albo nosi torbę z napisem „my body, my choice” – nie znaczy, że potrafi usiąść i powiedzieć: „Chciałabym, żebyś dotykał mnie delikatniej” albo „Nie mam ochoty dziś na seks, ale chcę być blisko”.
Bo to wymaga kontaktu ze sobą. Znajomości własnego języka. Odwagi. Przestrzeni, w której nikt się nie śmieje, nie ocenia i nie wmawia, że „przesadzasz”.
A takich przestrzeni mamy wciąż za mało.
Więc nawet młode osoby, otwarte światopoglądowo, często po prostu nie mają narzędzi. Wiedzą, że coś jest ważne, że chcą inaczej – ale nie wiedzą jak. A to „jak” właśnie próbuję pokazywać – krok po kroku, bez wstydu, bez presji, z uważnością na tempo każdego, każdej z nas.
H: Jakie pytania czy lęki pojawiają się najczęściej w Twoich rozmowach z ludźmi?
K: To, co pojawia się najczęściej, to nie są pytania typu: „czy to, co robię w łóżku, jest normalne” – choć one też się zdarzają.
To są pytania dużo bardziej z wnętrza. Ciche. Niewygodne. Takie, których ludzie często wstydzą się nawet wypowiedzieć na głos.
– „Czy coś jest ze mną nie tak, skoro nie mam ochoty?”
– „Czy to już koniec związku, skoro seks nie jest jak kiedyś?”
– „Czemu nie potrafię powiedzieć mu, że tego nie lubię?”
– „Czy mogę chcieć mniej? Albo więcej? Czy to wypada?”
– „Czy ja w ogóle mam prawo do przyjemności?”
Za tymi pytaniami kryje się ogrom lęku: przed odrzuceniem, przed byciem „za dużo” albo „za mało”, przed zranieniem drugiej osoby.
Ludzie bardzo często boją się, że ich potrzeby są niewłaściwe, że złamią jakąś niewidzialną zasadę, że jeśli coś powiedzą, to już nic nie będzie takie samo. I wiecie co? Zwykle zaczyna się od pytania o seks, a kończy na rozmowie o granicach, akceptacji, poczuciu własnej wartości. Bo seks nie jest oderwany od reszty życia. On pokazuje to, czego nie umiemy wypowiedzieć nigdzie indziej. Dlatego tak ważne jest, żeby słuchać nie tylko słów, ale tego, co pod nimi. I tworzyć przestrzeń, gdzie można zadawać nawet te pytania, których nie da się jeszcze ubrać w zdania.
H: Jak rozumiesz „seksualność bez wstydu”? Co ona oznacza w praktyce?
K: Dla mnie „seksualność bez wstydu” to nie jest życie bez granic ani festiwal wiecznego pożądania.
To życie, w którym mogę być sobą – z moimi pragnieniami, potrzebami, pytaniami, nawet z niepewnością – i nie czuję, że muszę się z tego tłumaczyć albo za coś przepraszać.
To nie znaczy, że wszystko mi wolno, tylko że nic nie muszę udawać. Że jeśli czegoś nie wiem, to mogę zapytać. Że jeśli czegoś chcę, to mogę o tym powiedzieć. A jeśli czegoś nie chcę – to mogę odmówić, nie tłumacząc się godzinami.
W praktyce seksualność bez wstydu wygląda tak:
– kiedy nie krzyżuję nóg przy słowie „masturbacja”
– kiedy mówię partnerowi, partnerce, że coś mi nie pasuje, zamiast się zgadzać „dla świętego spokoju”
– kiedy nie porównuję się do innych, tylko pytam siebie: czego ja właściwie chcę?
– kiedy mogę mieć miesiąc super ochoty, a potem miesiąc totalnego spokoju – i żadne z nich nie oznacza, że „coś jest nie tak”
To nie znaczy, że wszystko jest łatwe. Ale że jest moje. Bez wstydu – czyli bez poczucia, że jestem „zła”, „dziwna”, „zepsuta” albo „nienormalna”, tylko dlatego, że czuję. Albo że nie czuję.
Seksualność bez wstydu to wolność. Ale taka, która idzie w parze z czułością do siebie.
H: Jak zmienia się podejście ludzi do ciała i seksualności w ostatnich latach? Czy widzisz jakąś zmianę pokoleniową?
K: Tak, zdecydowanie widzę zmianę — i to nie tylko jako edukatorka, ale też jako kobieta, która dorastała w czasach, gdy „ciało” i „seks” w jednym zdaniu były tematem tabu albo żartu.
Młodsze pokolenia coraz częściej mówią o seksualności bez poczucia winy. Mają większy dostęp do wiedzy, do języka, który pozwala im nazywać doświadczenia, potrzeby, granice. Dla wielu z nich seks to już nie tylko obowiązek wobec partnera czy partnerki, ale przestrzeń do poznawania siebie, szukania przyjemności, budowania relacji na własnych zasadach. Ciało przestaje być tylko „narzędziem do spełniania standardów” – staje się czymś, co ma prawo czuć, odpoczywać, być nieidealne. I to jest piękne. Ale… to nie znaczy, że wszyscy mamy tę wolność. Wciąż żyją w nas głosy z przeszłości: „ładne dziewczynki się tak nie zachowują”, „facet musi chcieć zawsze”, „seks to nie temat do rozmów, tylko do działania”.
I to właśnie tu pojawia się luka – między wiedzą a poczuciem, że mamy prawo z niej korzystać.
Widzę, że młodsze osoby częściej kwestionują zasady, które ich rodzice przyjmowali bez dyskusji.
Ale widzę też, jak bardzo potrzebują wsparcia w tym, żeby nie tylko wiedzieć, że można inaczej – ale umieć naprawdę inaczej żyć. I tu wchodzę ja, cała na miękko 😉 Nie po to, żeby dawać gotowe odpowiedzi, ale żeby zadawać pytania, które pozwalają ludziom się zatrzymać, pomyśleć i powiedzieć: „A co ja właściwie czuję?” Bo zmiana zaczyna się właśnie tam – w ciele, w relacji, w języku, jakiego używamy wobec siebie.
H: W EoS mówimy o cielesności jako źródle siły i przyjemności. Jak Ty patrzysz na ciało w kontekście relacji i wolności?
K: To cudowne, że w EoS mówicie o ciele jako źródle siły i przyjemności – bo to właśnie jedno z najbardziej wywrotowych, a jednocześnie najbardziej uzdrawiających podejść do cielesności.
Dla mnie ciało to miejsce, w którym zaczyna się wolność. To ono mówi pierwsze: tak albo nie.
To ono daje sygnały, zanim jeszcze głowa zdąży wszystko przemyśleć i przeanalizować.
Ciało wie. Ciało pamięta. I ciało pokazuje prawdę – często dużo szybciej niż słowa. Przez lata uczono nas, że ciało trzeba kontrolować, poprawiać, trzymać w ryzach, zasłaniać, dyscyplinować.
A ja coraz bardziej wierzę w coś zupełnie odwrotnego – że to właśnie ciało jest naszym kompasem. Że kiedy uczymy się go słuchać – a nie ignorować, zawstydzać czy przeciążać – odzyskujemy coś głębszego niż samo „dobre samopoczucie”. Odzyskujemy siebie.
Wolność seksualna nie polega dla mnie na tym, że mogę robić wszystko — tylko na tym, że mogę czuć i wybierać to, co dla mnie dobre. Bo nie ma intymności bez kontaktu ze sobą.
A ten kontakt zaczyna się od pytania: co teraz czuję w swoim ciele?
H: W EoS wierzymy, że słowa mają moc rozbrajania wstydu. Jakie książki, teksty albo rozmowy zmieniły Twoje myślenie o seksualności?
K: Och, tak – słowa mają moc. Czasem wystarczy jedno zdanie, które ktoś powie na głos, a w człowieku coś się przesuwa. Jakby odklejała się warstwa wstydu, która przykleiła się jeszcze w podstawówce. Dla mnie przełomowe były nie tylko książki „o seksie”, ale te, które mówiły o człowieczeństwie z pełną akceptacją jego cielesności, zmysłowości, granic i potrzeb.
Jedną z pierwszych książek, które naprawdę mnie poruszyły, była „Ciało kobiety, mądrość kobiety” Christiana Northrup. Brzmi może trochę ezoterycznie, ale dla mnie to był pierwszy kontakt z myśleniem o ciele nie jako problemie do naprawienia, tylko jako źródle mocy, wiedzy i zasługującej na szacunek biologii. Potem przyszła Esther Perel i „Inteligencja erotyczna” – książka, która nauczyła mnie, że seks w długoterminowych relacjach to nie obowiązek, tylko przestrzeń, w której można negocjować, zmieniać się, odkrywać siebie na nowo.
Perel pokazała mi, że erotyzm to nie tylko technika, ale język relacji. Ogromny wpływ miała na mnie także Emily Nagoski i „Ona ma siłę” (Come As You Are) – szczególnie jej tłumaczenie, jak działa kobiece pożądanie. To tam znalazłam potwierdzenie, że nie musimy być gotowe na seks „znikąd”, jakbyśmy miały wbudowany zapłon, tylko możemy potrzebować czasu, bezpieczeństwa, kontekstu. I to też jest normalne.
I wreszcie rozmowy. Z kobietami, które pierwszy raz odważyły się powiedzieć: „Ja też to czułam”. Z mężczyznami, którzy przyznawali: „Nie wiem, jak zacząć taką rozmowę”. Z parami, które nie miały seksu od roku i bały się powiedzieć to na głos. Te wszystkie zdania, wypowiedziane półgłosem – zmieniały więcej niż niejedna publikacja. Bo tak, słowa mają moc. Zwłaszcza te, które odklejają wstyd jak plaster i zostawiają miejsce na coś nowego: czułość, ciekawość, prawdę.
Jeśli mogę dołożyć swoje słowa do tej zmiany – robię to z dumą i pokorą.
H: Gdybyś mogła polecić jedną książkę, która powinna być lekturą obowiązkową w kontekście edukacji seksualnej, co by to było?
K: Gdybym miała wybrać jedną jedyną, taką, którą najchętniej wrzuciłabym do szkolnych plecaków, gabinetów terapeutów i domowych biblioteczek, to byłaby to: Emily Nagoski – „Ona ma siłę” (Come As You Are) To książka, która robi coś niesamowitego — nie tylko edukuje, ale leczy.
Pokazuje, jak naprawdę działa kobiece pożądanie (spoiler: nie jak w filmach), jak wpływa na nie stres, relacje, kontekst, hormony, wstyd, poczucie bezpieczeństwa. Rozbraja mity typu „jeśli go/ją kocham, to powinnam mieć ochotę” albo „ze mną coś nie tak, skoro nie czuję tego jak inni”.
To też książka, która uczy języka, dzięki któremu można lepiej mówić o sobie – nie w kategoriach normy, ale w kategoriach prawdy i dobroci dla siebie. Gdy czytałam ją po raz pierwszy, miałam wrażenie, że ktoś wreszcie wziął całą moją wiedzę, doświadczenia, pytania, frustracje – i napisał do tego ludzki, czuły podręcznik. Powinna być obowiązkową lekturą nie tylko dla kobiet, ale też dla partnerów, edukatorów, terapeutów, rodziców. Bo jeśli mamy rozbrajać wstyd, to właśnie tak – wiedzą, empatią i językiem, który mówi: „Z tobą wszystko w porządku. Po prostu jesteś człowiekiem.”
H: Czy pamiętasz historię – własną lub cudzą – która pokazała Ci, że mówienie o seksie bez tabu naprawdę zmienia życie?
K: Tak. I to niejedną. Ale jest taka historia, która zostaje ze mną do dziś – może dlatego, że była prosta, prawdziwa i wydarzyła się nie w wielkim gabinecie, ale… w kuchni, przy herbacie. To była rozmowa z kobietą – mamą dwójki dzieci, po trzydziestce. Powiedziała wtedy tak:
„Wiesz, ja przez większość życia myślałam, że ze mną jest coś nie tak. Że jestem za mało kobieca, że nie lubię seksu, że nie umiem być spontaniczna. Bo tak było zawsze – mąż chciał, ja się zgadzałam. Albo udawałam, że śpię. Aż w końcu zaczęłam myśleć, że ja się po prostu do tego nie nadaję. I wtedy trafiłam na Twój post o zgodzie i pomyślałam: zaraz, zaraz… a co, jeśli ja po prostu nigdy nie miałam przestrzeni, żeby zapytać siebie, czego chcę?”
I to był moment przełomu. Nie dlatego, że od razu zmieniła całe życie. Ale dlatego, że wreszcie ktoś dał jej słowa, które pasowały do jej doświadczeń – nie oceniające, nie diagnozujące, tylko otwierające. Zaczęła mówić z mężem. Powoli. Z trudem. Ale mówić. I pierwszy raz od lat ich seks był naprawdę wspólny. Nie wymuszony, nie „bo wypada”, tylko wybrany. Ta historia pokazuje mi jedno: mówienie o seksie nie zmienia ludzi na „bardziej seksualnych”. Zmienia ich na bardziej wolnych.
I to jest właśnie ta zmiana, o którą mi chodzi – nie rewolucja w pozycji, tylko rewolucja w poczuciu, że mam prawo być sobą. Z całym swoim ciałem, pragnieniem, milczeniem i „nie teraz”.
H: W naszych książkach ciało jest źródłem siły, przyjemności i wiedzy o sobie. Jak Ty patrzysz na ciało w swojej pracy i w codziennym życiu?
K: Dla mnie ciało to centrum dowodzenia – emocji, granic, potrzeb, ale też przyjemności i intymności. W pracy z ludźmi – i w swojej własnej codzienności – widzę, jak bardzo ciało „wie”, zanim zdążymy to ogarnąć głową. To ono mówi: coś mi tu nie pasuje, zanim zdążymy to nazwać.
To ono się spina, marszczy, wycofuje albo przeciwnie – otwiera, rozluźnia, płynie. To ono pokazuje: jestem bezpieczna albo potrzebuję więcej czasu, dotyku, oddechu, dystansu.
Przez lata uczono nas odcinać się od tych sygnałów. Mamy być „rozsądni”, „racjonalni”, „dojrzałe”. A ja myślę, że dojrzałość to właśnie umiejętność słuchania siebie – także przez ciało.
Zamiast wstydu – ciekawość. Zamiast oceny – kontakt. Zamiast „muszę” – pytanie: czy ja tego naprawdę chcę? Ciało jest dla mnie miejscem spotkania ze sobą – ale też z drugim człowiekiem.
Nie ma intymności bez ciała. I nie ma wolności, jeśli traktujemy ciało jak coś, co trzeba ukrywać, poprawiać albo ignorować. Coraz bardziej wierzę, że ciało to nie tylko opakowanie. To mapa.
I kompas. I czasem, jeśli się zatrzymamy i wsłuchamy w to, co ono mówi – możemy usłyszeć odpowiedź, której od dawna szukaliśmy gdzieś na zewnątrz.
H: Co Twoim zdaniem daje ludziom najwięcej wolności w relacji z własnym ciałem?
K: Wolność wobec własnego ciała zaczyna się od zaakceptowania siebie takim, jakim się jest – ze wszystkimi niedoskonałościami i potrzebami. To odwaga, by mówić „tak” i „nie” bez poczucia winy, prawo do zmiany zdania i odkrywania przyjemności na własnych warunkach. Ciało to partner, który ciągle coś nam mówi – ważne, by go słuchać, a nie kontrolować czy oceniać. Najwięcej wolności daje bezpieczna przestrzeń, gdzie możemy być autentyczni bez wstydu i presji. To proces, a nie cel — im więcej łagodności sobie damy, tym lepiej czujemy się w swoim ciele.
H: Czy edukacja seksualna może iść w parze z literaturą – a jeśli tak, to jak?
K: Absolutnie tak! Edukacja seksualna i literatura to duet, który potrafi zdziałać cuda. Książki, opowiadania czy poezja dają przestrzeń, gdzie można dotknąć tematów, które w codziennym życiu bywają trudne do wypowiedzenia. Literatura pozwala wejść w cudze historie, emocje, perspektywy – uczy empatii, otwartości i rozumienia różnorodności seksualności. To także miejsce na łamanie tabu, rozbrajanie mitów i budowanie języka, którym możemy mówić o sobie bez wstydu.
W mojej pracy często sięgam po literaturę, bo słowa mają moc – potrafią rozświetlić mrok niepewności i wstydu, które często towarzyszą seksualności. Dlatego edukacja seksualna bez literatury byłaby jak ciało bez duszy – wartościowa, ale trochę pusta.
H: Twój ulubiony gadżet erotyczny?
K: No dobra, skoro pytacie – mam swojego faworyta!
To wibrator z regulacją pulsacji, który mogę dostosować do nastroju i potrzeb. Uwielbiam, że jest jak dobra playlista: czasem delikatny, czasem bardziej intensywny, zawsze na czasie. Dla mnie gadżety erotyczne to nie tylko zabawki, ale narzędzia do lepszego poznania siebie i ciała. To taki osobisty trener przyjemności, który pomaga wyostrzyć uważność na to, co naprawdę działa. No i trochę rozbraja wstyd – bo z nim rozmowa o seksualności staje się naturalna i zabawna, a nie krępująca.
H: Książka albo film, do którego wracasz?
K: Jeśli miałabym wybrać film, do którego wracam, to zdecydowanie „To właśnie seks” (oryg. The Little Death). To australijska czarna komedia, która opowiada o fantazjach seksualnych – dziwnych, śmiesznych, czasem wzruszających – i o tym, co się dzieje, kiedy próbujemy je wypowiedzieć… albo zrealizować. Lubię ten film, bo z humorem, ale też czułością pokazuje, jak bardzo seksualność jest spleciona z komunikacją, wstydem, potrzebą bliskości i… totalnym chaosem emocjonalnym. Ilekroć go oglądam, przypomina mi, że nie ma „dziwnych” pragnień – są tylko takie, o których nie umiemy jeszcze mówić.
H: Twój ulubiony moment dnia?
K: Mój ulubiony moment dnia? Zdecydowanie wieczór, kiedy wszystko cichnie, świat trochę zwalnia i mogę wreszcie wrócić do siebie. Najchętniej wskakuję wtedy do wanny z książką (czasem erotyczną, czasem zupełnie nie) i zostawiam cały świat za drzwiami łazienki. To taki mój osobisty rytuał regeneracji – bez pośpiechu, bez scrollowania, z ciepłą wodą, zapachem olejków i totalnym luzem. To moment, w którym nie muszę być edukatorką, terapeutką, mamą ani nikim produktywnym. Wystarczy, że jestem. I to mi wystarcza.
H: Objęłaś patronatem naszą nadchodzącą książkę pt. „Od stycznia będę się puszczać” autorstwa Natalii Dziadury. Towarzyszy jej kampania społeczna #puszczamsię. Jakie jest według Ciebie najważniejsze przesłanie tej akcji?
K: Dla mnie największe przesłanie kampanii #puszczamsię to odzyskiwanie
słów, które przez lata miały nas zawstydzać – i zamienianie ich w
narzędzia wolności.
„Puszczanie się” w tej akcji nie ma nic wspólnego z tym, czym próbowano
nas straszyć w podstawówce. To gest odwagi, bliskości ze sobą, zgody na
przyjemność, swobodę, prawo do decydowania o swoim ciele i swoich
granicach – bez tłumaczenia się, bez ocen, bez potrzeby przypodobania
się komukolwiek.
To także bardzo czułe zaproszenie do tego, by porzucić to, co nas spina,
ogranicza i odbiera radość z bycia w swoim ciele.
Dlatego z dumą objęłam patronatem książkę Natalii Dziadury „Od stycznia będę się puszczać” – bo to nie tylko tytuł, to manifest.
Już niebawem ukaże się mój felieton, w którym opowiem więcej o tym,
dlaczego ta kampania tak mocno ze mną rezonuje.
Wywiad przeprowadziła Hanka V. Mody
Dziękujemy serdecznie Kasi i zapraszamy do obserwowania strony Seksperci.pl