Wróciłam ostatnio do domu skonsternowana i pożaliłam się mojemu chłopakowi, że mijałam trzech mężczyzn, którzy zachwycali się urodą naszego psa. Przyznaję, aparycję ma spektakularną, ale od kiedy z nim chodzę na spacery ludzie przestali mnie zauważać. Wprawdzie nie znosiłam jak kiedyś komentowali mój wygląd, ale nagle stałam się niewidzialna. Opowiedziałam to zdarzenie mojej przyjaciółce, na co ona stwierdziła, że „No właśnie, kobiety w pewnym wieku przestają być widoczne dla innych, znam to”, skrzywiła się przy tym nieznacznie. I to mnie uderzyło. Bo serio myślałam, że to wina psa, który przyciąga spojrzenia, w ogóle nie upatrywałam przyczyny w moim wieku. Czyli, że co? Jak mam czterdzieści lat to nie jestem już atrakcyjna? To wiek wyznacza granicę atrakcyjności? To ja dopiero zaczynam się cieszyć naprawdę życiem, a dla kogoś jestem za stara? Nie, że zaraz bym chciała by za mną gwizdali na ulicy, ale do licha, nadal czuję się młoda i atrakcyjna. Czyżby tylko dla siebie? I zaraz mi się przypomniało, jak kolega narzekał, że kobiety podają fałszywy wiek na Tinderze. Wcześniej uznałam, że to bez sensu, ale w tamtym momencie zrozumiałam co może być tego przyczyną. Gdyby podały swój prawdziwy wiek nie wyskoczyłyby w przeglądarce. A tak wyskakują i jeszcze są dla innych atrakcyjne. Serio liczba zmienia wszystko? Całe postrzeganie? W 21 wieku? Wow. A z drugiej strony skoro mnie nie widzą, to może w końcu powinnam przestać się przejmować tym co pomyślą? Czas najwyższy. W sumie to powinno się tak zawsze, ale jakoś tak mamy od dziecka wpojone, że to, co myślą o nas inni, jest ważne. A nie jest i nie powinno być. Najważniejsze co myślę sama gdy patrzę w swoje lustro, a nie gdy patrzę w innych jak w lustra. Goethe napisał, że „gdy tylko sobie zaufasz będziesz wiedział jak żyć” więc ja postanowiłam zaufać jemu, a zaraz później sobie. Postanowiłam się cieszyć tym co mam. Na przykład pięknym psem, i tym, że mogę z nim spacerować w słońcu w pięknych okolicznościach przyrody gdy inni siedzą w pracy. A jak się tak cieszyłam, to się od razu bezwiednie uśmiechałam. I zgadnijcie co? Wyszło mi, że to nie jest kwestia wieku, a energii jaką wokół siebie roztaczamy. Zaraz inni zaczęli mnie dostrzegać i także się uśmiechać. I wiecie co? Wcale nie zauważali mojego poplamionego na spacerze błotem dresu tylko mnie. Dotarło do mnie, że mój pies ma właśnie w sobie radosną, dobrą energię i ludzie chcą go zauważać. A teraz widzą nas oboje.
H.M.