Scena pierwsza:
(Gdzie dostajesz objawienia, wierzysz w przyszłość i nic nie jest Ci w stanie przeszkodzić… do czasu).
Masz pomysł. GENIALNY pomysł. Nagle wszystko wokół przestaje się liczyć. Siadasz do biurka, odpalasz laptopa i piszesz, piszesz, piszesz… Słowa płyną strumieniami, sam_a sobie wydajesz się genialny_a. Masz pewność, że to będzie bestseler. Te zdania, takie ładne, takie mądre. Nic się nie liczy, głodne zwierzęta, kurz na szafce, brudne naczynia. Nic, jesteś Ty i Twoja fenomenalna proza. Nikt nie miał takiego pomysłu, nikt nie układał tak zdań. Już nie możesz się doczekać końca historii, gratulacji, miliona sprzedanych egzemplarzy, ale… to dopiero początek. Jeszcze jakieś minimum 500 000 znaków ze spacjami przed tobą. Mina Ci rzednie. Rozpęd słabnie. Odsuwasz od siebie laptopa. Łapiesz wątpliwości. Je także odsuwasz. Na razie idziesz spać, jutro też jest dzień. I nowa energia.
Scena druga:
(Gdy świat nie wydaje się taki kolorowy, zabierasz się za rzeźbienie, choć należałoby pisać. Jesteś w stanie wszystko sobie wytłumaczyć… To też umiejętność).
Zmieniasz czcionkę. Bo wiadomo – jak coś wygląda lepiej, to i lepiej się pisze. Czytasz swoje zdania na głos, potem po cichu. W międzyczasie sprzątasz kuchnię, myjesz łazienkę, scrollujesz koty na Instagramie, układasz w szafie, na biurku. Wchodzisz na Google, by sprawdzić, jak szybko można się nauczyć garncarstwa, bo może to jednak nie książka jest Twoim powołaniem? Jesteś jakoś w połowie, końca nie widać. Powinieneś_naś już powoli zwijać wątki, ale Ty dodajesz bohaterów, bo tak Ci pasuje. Później się zastanowisz, co z nimi zrobić. Początek nie pasuje do środka, ale przecież to się zmieni. Albo wytnie. Jakoś się połączy te nitki. Zszyje. Na razie to rzeźbisz w g… Byle wytrwać. Nudzi Cię już ta historia. Masz w głowie inną, genialniejszą. Ta jest jakaś miałka, wtórna. Czujesz, że to nie to. Bohaterowie są zbyt egzaltowani, zupełnie nieprawdziwi. Zmarnowałeś_aś potencjał, ale w kolejnej książce to dopiero pokażesz. Tylko jeszcze trzeba skończyć tę. Wzdychasz, podchodzisz do biurka… jednak nie, poczytasz. Przecież pisarz_ka musi czytać, żeby dobrze pisać.
Scena trzecia:
(Gdy masz dużo na głowie, ale i tak Ci się udaje usiąść do pracy i wszystko wydaje się pięknie i ładnie… Wydaje się).
No, już prawie koniec, widzisz to, zbliżasz się do niego, a jednak gdy docierasz na wierzchołek, okazuje się, że za nim jest kolejny, i kolejny. Już dawno przekroczyłeś_aś liczbę znaków, redaktorka naczelna patrzy na Ciebie krzywo, a wydawca mówi, że cię ukatrupi, jak nie skończysz pisać do końca kwietnia. No pewnie, skończysz, co za problem. Załatwisz tylko sprzedaż mieszkania, budowę domu, ogarniesz przestrzeń, psa, kota, dzieci, żonę, wyśpisz się, skoczysz do lekarza…i wreszcie siądziesz. No i wtedy to popłynie. I płynie, odpływa na nowe wody, szerokie, dalekie, za dalekie. Odpłynąłeś_ęłaś i teraz musisz wrócić. Zakręcić, złapać kurs. Ale jak, skoro w końcu podobają Ci się te zdania, jednak widzisz potencjał, tylko musisz jeszcze trochę dodać tu, i tu, i tu. I w ogóle przeczytać od nowa, sporo zmienić, przearanżować, rozwinąć bohaterkę, bo w końcu wiesz, jaka powinna być. Na razie jest nie taka. Redaktorka krzywi się na Twój widok.
Scena czwarta:
(Gdy bawisz się w chowanego po nocy, choć jesteś dorosły_a, a na koniec i tak się okazuje, że wciąż jesteś w bagnie, choć myślałeś_aś, że masz się z czego cieszyć… Myślałeś_aś).
Patrzysz na ekran. Migający kursor patrzy na Ciebie.
Czujesz zakończenie z tyłu głowy, ono tam jest. Tylko że nie przychodzi. Chodzi dookoła. Krąży jak kot, który niby chce wejść, ale jeszcze się waha.
Pijesz zimną herbatę numer siedem. Piszesz jedno zdanie. Kasujesz. Piszesz inne. Przeklinasz. Wracasz do pierwszego. Wstajesz. I też chodzisz. Dookoła mieszkania, szukasz go, drapie Cię w głowę, ale nie, bawi się z tobą w chowanego. Jebaniutkie.
W końcu, w środku nocy, w dresie, z fryzurą godną postapokaliptycznego filmu, jest. Przyszło. Siadasz, piszesz jak za pierwszym razem. Jedno zdanie, drugie, trzecie, aż wreszcie nad ranem piszesz to zdanie. TO zdanie. To, które kończy historię. I zaczynasz płakać. Albo się śmiać. Albo jedno i drugie. Bo skończyłeś_aś. I choć to tylko pierwszy koniec, bo potem czeka Cię redakcja, poprawki, łzy, zgrzytanie zębami i pięć wersji tytułu – to jednak TO JEST TO.
I wtedy, kiedy już myślisz, że masz z głowy – pojawia się nowy pomysł.
Jeszcze lepszy. Jeszcze bardziej genialny.
I cały dramat zaczyna się od nowa.
Ps. I tak to mniej więcej wygląda, nie ma się co łudzić. W którym miejscu jestem ja? Zgadnijcie, ale powiem Wam tylko, że redaktorka już się nie uśmiecha na mój widok.
Pisanie książki to trochę jak toksyczny związek. Wiesz, że Cię wykończy, ale i tak wracasz. Bo nikt Cię tak nie wciąga, jak ta cholera wena.