O „obowiązku małżeńskim”, presji, zgodzie i prawie kobiet do bezpiecznego „nie”
Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałam od kobiety pytanie
– „Czy w małżeństwie to może być … no wiecie … gwałt? No przecież jest obowiązek małżeński i w ogóle”.
Wtedy po raz kolejny dotarło do mnie, w jakiej bańce żyję. Zaskoczeniem był tylko fakt, że akurat prowadziłam warsztaty na temat kobiecego prawa do przyjemności na jednym z poznańskich osiedli. Spodziewałabym się takiego pytania w małej miejscowości na Podlasiu, ale w centrum dużego miasta na zachodzie naszego nadwiślańskiego kraju? To było dla mnie ogromne zaskoczenie.
Potem zaczęłam się przysłuchiwać dyskusji, jaka potoczyła się wśród uczestniczek warsztatu. Płynęły głosy pełne oburzenia, ale widziałam też spojrzenia, za którymi prawdopodobnie kryły się podobne wątpliwości.
Obowiązek małżeński – mit, który nadal rani
Zatem nasuwa się pytanie: na ile Polki odczuwają jeszcze przymus wypełniania „obowiązku małżeńskiego”?
Ona ogarnia cały dom: sprzątanie, gotowanie, pranie, zakupy, małe dzieci i oczywiście chodzi do pracy. On robi karierę. Ona już nie prosi o pomoc w jej obowiązkach domowych, ona już tylko narzeka, marudzi, upomina się po raz kolejny o odetkanie zlewu. Nie raz jej to wypominał. Nie raz opowiadał, jakim powodzeniem cieszy się wśród współpracowniczek, jak mówią, że jest bystry o zaradny. One sobie radzą i z pracą i z obowiązkami domowymi. Tylko ona jest taka nieogarnięta. Tylko ona zrzędzi.
Sama już nie wie, w co ma wierzyć. Tyle razy słyszała to od niego, że zaczęła mieć wątpliwości. Mówiła mu, że jest coś takiego jak gaslighting, ale skwitował tylko, że za dużo tiktoka ogląda, powinna odłożyć w końcu telefon i zająć się robotą. Jego koleżanki z pracy nie wpatrują się ciągle w ekran.
Inna jest po ciężkiej chorobie onkologicznej, przeszła mastektomię, po której przestała zdejmować bluzkę przy włączonym świetle. Później była histerektomia i wtedy poczuła, że nie jest już kobietą, a seks zaczął boleć. Jednakże mąż jest taki dobry i kochany. Od dwóch lat siedzi za granicą i haruje jak wół, aby opłacić jej leczenie. Z tego powodu ona nie zważa na ból, tylko pozwala mu na seks. Czuje, że jest mu to winna.
Kolejna „daje” partnerowi dla świętego spokoju. Kiedy najdzie go ochota, to ona zwykle nie dyskutuje. Woli się nie narażać na nieprzyjemności, wulgarne komentarze i awantury. Kiedy czasami zawalczy o siebie, potem jest karana ciszą i jego nieobecnością. Mijają tygodnie zanim sytuacja wróci do normy, więc kalkulacja jest całkiem prosta. Kilka minut nieprzyjemności vs. tygodnie uszczypliwości.
Seks z poczucia winy, strachu i zależności
Jeszcze inna kiedyś bardzo lubiła seks. Z mężem mogli przez cały weekend nie wychodzić z łózka. Swoją drogą ma fantazje, które chciałaby zrealizować, ale wstydzi się o nich mówić. Raz próbowała, jednakże została przez męża zbesztana. Spojrzał na nią jak na zboczoną nimfomankę i stwierdził, że porządne matki tego nie robią. Przestała więc pytać i proponować, zatrzymała się natomiast w świecie własnej wyobraźni. Czasami, gdy uprawiają seks po ciemku, wyobraża sobie go z kimś innym. Tamten nie ma konkretnej twarzy, nie jest sąsiadem, szwagrem, kolegą z pracy. Jest czuły, dba o jej przyjemność, traktuje ją jak boginię. Po chwili seks się kończy, a ona ma do siebie pretensje, że pozwala, aby ktoś tak traktował jej ciało. Czuje się brudna, nic nie warta, ale to jej wina, bo na to pozwoliła. Od roku mają osobne półki w lodówce.
W ogóle to jej wina, bo się zaniedbała. Bardzo chciałaby wyglądać inaczej, ale nie ma z kim zostawić dzieci, aby regularnie chodzić do fryzjera, siłownię czy pójść na zakupy. Jeśli on ją kiedyś zdradzi, to będzie jej przykro, ale ma świadomość, że to będzie jej wina, bo mogła być inna.
Dlaczego tak wiele kobiet milczy
Z jednej strony brzmi to jak alternatywna rzeczywistość, a z drugiej okazuje się, że jest to codzienność naszych koleżanek, znajomych, kuzynek, ciotek, obcej kobiety, która siedzi obok nas w tramwaju.
Zgadzamy się na seks, który nas nie satysfakcjonuje, z bardzo różnych powodów. Czasami mamy poczucie, że jesteśmy partnerowi coś winne, czasami chcemy sprawić mu przyjemność. Jesteśmy razem już tyle lat, że jak on poprosi raz na miesiąc, to przecież nie zaszkodzi się poświęcić. Innym razem boimy się, że jak go w domu nie nakarmimy, to pójdzie się najeść się na mieście. Czasami mamy poczucie, że jego wyższe zarobki i nasza zależność finansowa są dobrym powodem, a może po prostu nie dostaniemy pieniędzy na zakupy, jeśli będziemy odmawiać.
A może powinnyśmy sobie zadać pytanie, czy jesteśmy w relacji, w której bezpiecznie i bez wyrzutów sumienia możemy powiedzieć „Nie dzisiaj, kochanie, nie mam ochoty”. Czy spotykamy się z zawiedzioną miną, ze smutkiem, złością, a może wyrzutami i agresją? A może mamy obok siebie delikwenta, który otuli dłonią nasz policzek i zapyta, czy miałyśmy ciężki dzień. On też miał ciężki, ale przecież możemy umówić się na seks na sobotę. Ja wiem, taki facet to cud i skarb, ale może wystarczy nam taki partner, który mruknie coś pod nosem, zgasi światło i po prostu przytuli, szanując nasze świadome „nie”.
Prawo do „nie” – fundament intymności, nie jej zaprzeczenie
Czy gdybyśmy miały przestrzeń na takie świadome, spokojne „nie”, nieobarczone wyrzutami sumienia, to nie byłybyśmy spokojniejsze, bezpieczniejsze i bardziej zadowolone? A może miałybyśmy wtedy przestrzeń do dyskusji, jaki miałby być ten seks, na który miałybyśmy mieć ochotę? Może wtedy nie dyskutowałybyśmy w ogóle o obowiązku małżeńskim, tylko uprawiałybyśmy seks radośnie i entuzjastycznie, jak rabatki kwiatowe na wiosnę?
Jednakże, aby ten stan osiągnąć, potrzebny nam jest partner, który rozmawia z nami, zdobywa wiedzę, poszerza horyzonty, słucha nas, szanuje nasze zdanie i jest gotowy przyjąć naszą odmowę. My również potrzebujemy nauczyć się przyjmować, szukać swojej przyjemności i dać się ponieść ułańskiej fantazji. Czy to zbyt wiele, czy wręcz przeciwnie – to podstawa, do której mamy prawo? Teoretycznie odpowiedź jest prosta, jednakże jakość otaczających nas związków i ilość historii o przekroczeniach mówi nam coś zupełnie odwrotnego. Dbajmy więc o siebie, słuchajmy swoich przyjaciółek, sąsiadek, sióstr. Z większą empatią i wyrozumieniem patrzmy na ludzi, którzy siedzą obok nas, ponieważ nie znamy ich historii.
Dominika o sobie: Jestem edukatorką seksualną, dyplomowaną specjalistką z zakresu seksuologii praktycznej. W swojej pracy skupiam się głównie na edukacji seksualnej i jej miejscu w naszym codziennym, domowym życiu.
Wspieram rodziców, opiekunów i osoby pracujące z dziećmi, którzy odczuwają deficyt odpowiednich narzędzi umożliwiających im rozmowę z młodymi ludźmi na temat seksualności, dojrzewania, relacji czy granic. W bezpiecznej przestrzeni pomagam uzupełnić wiedzę, ale też po prostu umożliwiam powiedzenie na głoś tego, czego nigdy nie mówiliście. Dobieramy słownictwo i sposób przekazu, aby domowe rozmowy były jak najbardziej swobodne dla wszystkich zainteresowanych stron.
Wspieram też młodych rodziców, których dynamika relacji zmieniła się w momencie powiększenia się rodziny.
Pracuję z parami, wspieram osoby dorosłe niezależnie od płci, tożsamości czy orientacji seksualnej. W TeTematy wspieram osoby dorosłe w odkrywaniu zdrowej, bezpiecznej i satysfakcjonującej seksualności. Prowadzę konsultacje indywidualne oraz warsztaty w nurcie pozytywnego podejścia do seksualności.
Zapraszam do swobodnych rozmów na TeTematy.