Koniec roku zawsze wydaje mi się magiczny. Nie tylko dlatego, że symbolicznie zamykamy jeden rozdział, by zacząć następny, ale dlatego, że gdzieś w tej końcówce kryje się coś głęboko ludzkiego. To chwila, gdy stajemy na granicy – pomiędzy „tym, co było” a „tym, co może być”. Na granicy wspomnień i oczekiwań jednocześnie.
Granice fascynują mnie od zawsze. Czuję dreszczyk emocji, gdy przekraczam jakąś z nich, czy to geograficzną czy metaforyczną. Podświadomie czuję zmianę i moje ciało manifestuje to lekkim napięciem i mrowieniem na karku. To na styku granic dzieje się życie – prawdziwe, pełne sprzeczności, czasem bolesne, ale zawsze autentyczne. Może właśnie dlatego tak kocham ten moment roku, kiedy wszystko zdaje się wisieć w powietrzu. Przeplata się stare z nowym, pewność z niepewnością, rozczarowanie z nadzieją.
Ach, wierzcie mi, wiele w tym roku było rozczarowań, zakończeń, nadziei niespełnionych, ale zawsze na ich miejscu otwierały się nowe drzwi i nowe możliwości. Inne drogi. Inne, lecz równie piękne, a nawet piękniejsze. Prowadziły mnie w tym roku słowa, że „jeśli coś nie wydarzy się w sposób, w jaki tego chciałeś, wydarzy się w sposób lepszy, jakiego sobie nawet nie wyobrażałeś”. Trzymały mnie one w chwilach zwątpienia. Jak i te, które w tym roku wytatuowałam sobie na ręku – „Wszystko mija”. Nie ma innej prawdy. Tak jest i już. Życie to ruch, czy tego chcemy czy nie. Mija to dobre, ale i to złe. Często o tym zapominamy i gdy jest pięknie, myślimy, że tak już zostanie, co kończy się rozczarowaniem; a gdy jest nam źle, popadamy w rozpacz i myślimy, że już się nie wygrzebiemy. Życie to feeria barw i odcieni, jak stroje na balu. Miłość, przyjemność, smutek, ból – wszystko płynie, wszystko się zmienia. I w tym jest pewien rodzaj ulgi. Nawet jeśli teraz jest trudno, za chwilę może być inaczej. Czasami wystarczy zrobić jeden krok, by przesunąć granicę, która wydawała się nieprzekraczalna. A jeśli jest pięknie? Cóż, tym bardziej warto to piękno smakować, póki trwa.
Patrzę na ten mijający rok i zadaję sobie pytanie: co udało mi się przekroczyć? Jakie granice były tylko w mojej głowie, a jakie naprawdę mnie ograniczały? Na pewno jedną z nich jest nasze wydawnictwo. Dzieje się coś, o czym bałam się nawet marzyć. A jednak się dzieje i to w sposób niewyobrażalnie piękny. Ale jest też we mnie myśl, która ostatnio nie daje mi spokoju – czasami granicą, którą warto przesunąć, jest nasza zdolność do przyjmowania tego, co niewygodne. Otwarcie temu drzwi.
Mijający rok był także czasem dotykania – nowego, lęku, nowych doznań, ale i wyzwań, nowych doświadczeń, które osiadały mi w ciele i duszy. Ale też dotykania podczas masażu wielu różnych ciał – tych młodych, pięknych, jak również tych starych, schorowanych, niedołężnych. To także granica, którą przekroczyłam, a której przejście dało mi wiele satysfakcji, choć nie było łatwe.
W końcu był to rok dotykania słowami. Podczas rozmowy, w relacjach, w wyobraźni, w opowieściach, które tworzę dla innych, ale i z potrzeby duszy. Dotykałam pragnień, o których baliście i bałyście się mówić na głos, i tych, które czekały gdzieś na obrzeżach świadomości, domagając się uwagi. Bo prawda jest taka, że erotyka, zarówno ta subtelna, jak i ta bardziej odważna, to sztuka dotykania – ciał, umysłów, serc, duszy, ale też granic, które sami i same sobie wyznaczamy.
W Edge of Sanity granice to nasza specjalność. Fascynują nas, bo to właśnie na ich styku zaczyna się coś prawdziwego. Człowiek dopiero na granicy odkrywa, kim jest. Kiedyś przeczytałam, że gdy przechodzimy przez most, jesteśmy jednocześnie tu i tam. Może właśnie dlatego tak bardzo kocham końcówkę roku – bo to czas, gdy wszystko się przeplata. Stare z nowym. Rozczarowania z nadziejami. Ciało z duchem.
Koniec roku to też moment refleksji nad tym, co zostaje, gdy opadną maski. Nad prawdziwością. Bo w Edge of Sanity zawsze powtarzamy, że wolimy opowieści prawdziwe, nawet jeśli bolą, niż wygładzone historyjki, które niczego nas nie uczą. Prawdziwość jest odwagą, a tym samym jest pięknem. Dlatego idee EoS są mi tak bardzo bliskie. Bo ostatnio obiecałam sobie, że będę żyć w prawdzie. I choć bywa trudna, to przynosi ulgę i wolność. A ta jest dla mnie bardzo ważna.
Końcówka roku to moment, w którym pytam samą siebie, co chcę zabrać ze sobą dalej, a co zostawić. Czy pewne lęki naprawdę są mi potrzebne? Czy wstyd, który czuję, jest mój czy narzucony przez świat? Czy ten strach jest prawdziwy czy to trauma sprzed lat, zakotwiczona w moim ciele? Czy ta złość, która we mnie siedzi, przynosi mi coś dobrego? I wreszcie: czy pozwalam sobie na bycie sobą – w pełni, bez filtrów, bez kompromisów, ale też z czułością wobec swoich słabości?
Na granicy starego i nowego roku łatwo jest myśleć w kategoriach postanowień. „Od jutra będę…” – ile razy to sobie powtarzamy? A może wystarczy po prostu być? Być otwartym_ą na zmienność, na nowe doświadczenia, na te niewygodne prawdy, które czasem wywracają nasz świat do góry nogami?
Rok 2025 jest jeszcze nieznany, jak niezapisana karta. Ale wiem jedno: chcę, żeby był prawdziwy. Bez udawania. Bez wygładzania ostrych krawędzi. Chcę, żeby był pełen opowieści – takich, które śmieszą, wzruszają, ale przede wszystkim zmuszają do myślenia. No i oczywiście dotykają swoją treścią, ale też piękną melodią zdań lub ciszy.
Jeśli dotarliście tutaj, dziękuję, że byliście i byłyście ze mną i z naszym wydawnictwem przez ten rok. Że razem przesuwaliśmy granice – te w opowieściach i te w naszych głowach. Że mieliśmy odwagę być autentyczni.
Na nowy rok życzę Wam, żebyście mieli odwagę dotykać – siebie, swoich emocji, swoich marzeń. Ale też tego, co czasem trudne i nieoswojone. Bo tylko tam, na granicach, zaczyna się coś prawdziwego. Ja też jestem gotowa, by dalej z Wami eksplorować mapy ludzkich emocji, pragnień i tęsknot. Żeby było głęboko, prawdziwie, czasem niewygodnie, ale zawsze pięknie. Bo życie, podobnie jak erotyka, to sztuka odważnego dotykania – siebie nawzajem i samych siebie.
Do zobaczenia w 2025.
Hanka V. Mody i reszta ekipy EOS