Czy miłość w ogóle istnieje, czy jest wymysłem naszych czasów?
Mówię oczywiście o tej romantycznej miłości. O chemii tak silnej, że spala światy. O tej, o której każda komedia romantyczna – szczególnie przedświąteczna – próbuje nas przekonać, że istnieje. Że czeka za rogiem. Że jest nagła, chemicznie niepoprawna, totalna. Taka, przy której nie liczy się nic więcej.
Różnice klasowe – nieważne. Wygląd – nieważny. Przekonania – przecież można je zmienić. Przeszkody – po to są, żeby je pokonać.
Miłość
Dążcie do niej. Czekajcie. Żyjcie z myślą, że was uderzy. Jak grom z nieba. Spadnie w najmniej oczekiwanym momencie.
Macie 30 lat? Przecież gdzieś tam czeka Mr. Darcy, gotowy wyciągnąć was z opałów.
40? Oczywiście – przystojny drwal. Najlepiej spotkany przypadkiem podczas świątecznego wyjazdu na wieś. W zaspach śniegu, rzecz jasna.
50? Bez obaw. Gdzieś tam jest kobieta waszych marzeń. Lekko po przejściach, idealna, na bank umie piec pierniki.
Tylko czy ta chemia trwa długo? Czy to nie jest raczej piętnastominutowe, tangowe zakochanie, które kończy się w momencie, gdy „ekran” gaśnie, a świat wraca do normalności?
Czym więc jest prawdziwa miłość?
Czy w ogóle istnieje?
A może wymyślono ją po to, żeby świat stał się znośniejszy? Szukamy jej, bo trzeba mieć jakiś cel. Idealizujemy ludzi, których spotykamy. Dopisujemy im historie. Wmawiamy sobie uczucia, bo tak jest łatwiej.
A może miłość jest jedną wielką ściemą ubraną w kiczowaty kostium. Trochę jak narysowany kiedyś Mikołaj – ten, który dziś sprzedaje wszystko. Od proszku do prania po marzenia.
Miłość i samotność idą w parze?
Bo gdy nie mamy „drugiej połówki”, czy naprawdę jesteśmy sami? Czy to świat nieustannie wpycha nam w oczy przekaz, że samotność musi boleć? Że brak osoby partnerskiej to deficyt. Że coś z nami jest nie tak. I wreszcie: czy znacie jakiś film, w którym bycie solo – bez tej „drugiej, miłosnej” połówki – jest dobre?
Romantyczna miłość, którą karmią nas filmy i popkultura, rzadko ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Jest narracją. Obietnicą intensywności, która nie uwzględnia codzienności, zmęczenia, różnic ani odpowiedzialności.
Chemia istnieje – ale jest zjawiskiem chwilowym, nie fundamentem
Prawdziwa miłość, jeśli się pojawia, zaczyna się tam, gdzie kończy się idealizacja. Nie w momencie uderzenia „jak grom z nieba”, lecz wtedy, gdy ktoś zostaje mimo braku fajerwerków. I co ważne – nie jest jedynym możliwym sensem życia.
Samotność nie jest porażką. Może być stanem pełnym, świadomym i dobrym. To kultura zrobiła z niej straszak i punkt wstydu. Tymczasem bycie solo nie musi oznaczać braku – czasem oznacza spójność.
Być może największym problemem nie jest to, że miłość nie istnieje. Problemem jest przekonanie, że bez niej – w wersji romantycznej i partnerskiej – jesteśmy niekompletni_e.
Natalia