Felieton do opowiadania „Dotyk lasu”
Erotyczną antologię rozpoczęłam od dupy strony, od tyłu, od ostatniego opowiadania, od tylnej okładki i nie oznacza to wcale, że lektura okazała się brzydka, wulgarna, tania, pospolita, płytka i mulista. Zanurzając się w krótką historię o „puszczaniu”, instynktownie poczułam, że ja i ona wibrujemy na tej samej częstotliwości, że niesie nas ta sama fala, że zszywa nas jakaś nić. I już wiem, jaka nić nas zszywa. Ja też lubię się „puszczać”, od pewnego czasu robię to instynktownie, jest to mój naturalny odruch, weszło mi to w nawyk, weszło mi to w krew. Są tacy, którzy lubią rano, ja lubię robić to popołudniu.
Na początku trochę leniwie i ospale zbieram się w sobie i pytam się siebie cicho i słodko, czy mam ochotę. Samą siebie lekko kokietuję, bo znam już siebie i wiem przecież, że jestem zawsze chętna, że zawsze mam ochotę. Gdy już usłyszę w sobie swoje „tak”, powoli budzę swój wzrok uśpiony na ciekłokrystalicznych znakach komputerowego monitora, strzepuję z powiek cyfry i litery, delikatnie wysuwam się z objęć biurowego szumu rozmów, zakładam buty i idę w las. W las, który niejedno już widział i idę nad rzekę, która wiele pamięta i od tysięcy lat zapisuje na powierzchni ruchomego lustra obraz nieba i inne obrazy.
Idę. Raczej frunę, unoszę się w drodze kilka centymetrów nad chodnikiem, bo przecież lecę, bo przecież się „puszczam”. Już wiem dokładnie, po co to robię i wiem też, że nie przestanę do chwili, kiedy moje ciało powie sobie „dość!”, a moją duszę uprowadzi wiatr i zniewoli ją w nieskończoności niebytu. Na początku „puszczam się”, ale nie tracę kontroli, bo jestem jak dziewczynka trzymająca w dłoniach kolorowy latawiec. I jestem tą dziewczynką, i jestem tym latawcem. Dla niektórych pewnie ciągle jestem „latawicą”, ale im więcej wody upływa w wiecznej rzece, tym bardziej lata mi to już i powiewa.
Unosząc się, chwytam siebie w locie. Samą siebie biorę z powrotem, sprowadzam siebie do swojego wnętrza, czuję, że się dopełniam, czuję w sobie pełnię, czuję, że staję się pełnią, czuję się na nowo poukładana i cała – w środku i na zewnątrz. W lesie i nad rzeką odnajduję drogę, wracam do Źródła i płytko pod skórą, i głęboko w brzuchu, czuję Źródło w sobie. I myślę sobie, że miała rację, kiedy mówiła, że: „Lubiła się Puszczać. Najbardziej w niedzielne poranki. Na kacu bądź wciąż pijana odklejała się od lepkiej skóry męża i wyskakiwała z ciepłej pościeli.”
Autorka: L.G