Grzech pierwszeństwa
Autor
Kończę i od razu wiem, że spierdoliłem sprawę. Znów. Leżę na tobie, ciężko oddychając, a ty głaszczesz mnie po plecach i mówisz: „Było cudnie”. Ale ja wiem, że kłamiesz. Wiem, bo czuję napięcie w Twoim ciele. Wiem, bo Twój oddech nie jest oddechem kobiety, która właśnie doszła. Przecież doskonale znam dźwięki, które wydajesz, gdy naprawdę eksplodujesz.
Doszedłem pierwszy. Jak, kurwa mać, zwykle.
I teraz mam dwie opcje: udać, że nic się nie stało, albo spróbować Cię doprowadzić. Tyle że mój sprzęt zwisa jak zdechły śledź, a ja mam siłę co najwyżej na podrapanie Cię po plecach. Zamiast być kochankiem, jestem zmęczonym egoistą. „Chcesz, żebym…” – zaczynam, ale Ty przerywasz: „Nie, wszystko w porządku. Naprawdę było mi dobrze”.
I znów kłamiesz. Oboje wiemy, że kłamiesz. Może i faktycznie było Ci dobrze, ale nie tak, jak powinno być. Jestem zbyt słaby, żeby walczyć z tą uprzejmością. Zbyt zmęczony, żeby być lepszym kochankiem.
Wiesz, co jest najgorsze? Że tak mnie nauczono. Seks kończy się, kiedy facet skończy. Proste. Twój orgazm to bonus, deser, jak wisienka na torcie. Smaczna, ale można bez niej.
W porno zawsze tak było – koleś kończy, kamera gaśnie. Kobieta może jęczeć, może nawet drżeć, ale finał to sperma na jej twarzy. I ja tak myślałem przez lata. Że seks to sport, w którym ja powinienem wygrać. Dotrzeć do mety pierwszy. Ty możesz biec obok, ale meta należy do mnie.
Ale to jest chore, prawda? Wyobrażasz sobie, żebyśmy poszli na kolację, a ja zjadł swoje danie i wyszedł, zostawiając Cię z połową talerza? „Było pyszne, dzięki za towarzystwo, pa!”.
A jednak w łóżku robię dokładnie to samo. Jem swoje, dziękuję za kolację i idę spać.
Czasami próbuję być lepszy. Skupiam się na tobie najpierw. Lizę, dotykam, używam wszystkiego – palców, języka, wibratora. Sprawiam, że dochodzisz raz, drugi, czasem trzeci. Jestem z siebie dumny jak paw. Patrzę na twoje drżące ciało i myślę: „Kurwa, jestem dobry”.
A potem, gdy ty leżysz wykończona, ja nadal jestem napalony jak diabli. Ale ty już nie masz siły. Jesteś za zmęczona, za wrażliwa, za wykończona, żeby się mną zająć. I wtedy ja kończę w Tobie kilkoma ruchami albo robię sobie dobrze ręką na Twoje piersi. To nie ma znaczenia. Niby dochodzę, ale Ty jesteś już nieobecna.
Więc znów nie wygrywamy oboje. Albo ja jestem pierwszy i Ty nie dochodzisz, albo Ty jesteś pierwsza i ja czuję się jak z nagrodą pocieszenia.
Nie wiem, jak to naprawić. Nie wiem, jak przestać być egoistą w łóżku. Jak sprawić, żeby seks był o nas dwojgu, a nie o mnie plus bonus dla Ciebie.
Może gdybym przestał myśleć o seksie jak o wyścigu? Gdybym przestał liczyć, kto pierwszy dotarł do mety? Kto „wygrywa”? Może gdybym zrozumiał, że to nie jest konkurencja, tylko taniec?
Ale kurwa, ciężko się oduczyć tego, czego uczono cię całe życie. Że jesteś mężczyzną, więc ty masz brać. Ty masz być aktywny. Ty masz decydować, kiedy się zaczyna i kiedy się kończy.
Autorka
„Było cudnie” – mówię i głaszczę Cię po plecach. A w środku myślę: „Znów, kurwa, nie doszłam”. Ale nie powiem tego na głos. Bo widzę, jaki jesteś zadowolony. Jaki jesteś zmęczony. I wiem, że jeśli powiem prawdę, poczujesz się źle. A już widziałam Cię, gdy się źle czujesz po seksie. To jest jeszcze gorsze niż niedokończony orgazm.
Więc kłamię. Uśmiecham się, mówię, że było cudownie i czekam, aż zaśniesz. A potem idę do łazienki i kończę to, co Ty zacząłeś. Czasami nawet nie idę nigdzie, siadam na brzegu łóżka, sięgam po wibrator i dochodzę raz za razem. Tylko że wtedy czuje się jak oszustka.
Wiesz, co jest najgorsze? Że myślisz, że robisz to dobrze. Że jesteś dobrym kochankiem, bo mi się podobało. A ja gram spektakl dla Twojego ego, zamiast powiedzieć, czego naprawdę potrzebuję.
Czasami próbujesz być lepszy. Czasami mówisz: „Najpierw ty”. I skupiasz się na mnie jak na zadaniu do wykonania. Liżesz, dotykasz, używasz wibratora, robisz wszystko według instrukcji. I rzeczywiście, dochodzę. Raz, drugi, trzeci, czasami doliczam do dziesięciu!
Ale potem jestem wykończona. Drżę, jestem wrażliwa, mam ochotę tylko leżeć. A ty nadal jesteś napalony. Chcesz swojego orgazmu. I ja wiem, że powinnam się Tobą zająć, ale nie mam siły. Jestem za zmęczona, za wrażliwa.
Więc pozwalam Ci wejść w mnie i skończyć szybko. Albo sobie zwalić na mnie, choć to rzadziej, bo potem się cała kleję. Ale to nie jest to samo. Nie jestem z tobą. Jestem gdzieś daleko, próbując dojść do siebie po swoich orgazmach. I znów czuję się winna, że nie mogę być z Tobą w tym momencie.
Dlaczego seks musi być wyścigiem? Dlaczego nie może być spacerem? Czemu nie możemy iść razem, w tym samym tempie, ciesząc się całą drogą, a nie tylko szczytem?
Najgorsze jest to, że ja też się tego nauczyłam. Że mój orgazm to bonus. Coś dodatkowego. Że prawdziwy seks to ten, w którym Ty dochodzisz. A ja mogę, ale nie muszę. W filmach też tak jest. Facet kończy i pada na kobietę. Ona uśmiecha się blado i mówi, że było pięknie. I wszyscy myślą, że tak to wygląda. Że to naturalne.
Ale czy to naprawdę naturalne? Czy w jakiejkolwiek innej sytuacji życiowej jeden człowiek bierze wszystko, a drugi ma być wdzięczny za resztki?
Gdybyśmy poszli razem biegać, a Ty byś dobiegł do mety i poszedł do domu, zostawiając mnie w połowie trasy, pomyślałabym, że jesteś dupkiem. Ale w łóżku to „normalne”.
I ja też jestem winna. Bo udaję. Bo kłamię. Bo zamiast powiedzieć „Hej, też potrzebuję teraz dojść”, mówię: „Było cudnie” i idę skończyć w łazience.
Może gdybyśmy przestali udawać? Może gdybym powiedziała: „Było fajnie, ale jeszcze nie skończyłam”? Może gdybyś przestał myśleć o seksie jak o swojej prywatnej masturbacji z publicznością?
Ale czuję, że jeśli to powiem, poczujesz się źle. Zaczniesz się tłumaczyć, przepraszać, obwiniać siebie. A ja nie chcę Cię ranić. Chcę tylko czasami też dojść.
Chcę, żeby seks był o nas dwojgu. Nie o Tobie plus bonus dla mnie. Chcę, żeby meta była wspólna. Żebyśmy dobiegli razem.
Ale nie wiem, jak Ci to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak atak. Żeby zabrzmiało jak prośba.
Autorzy
To nie jest felieton o złych mężczyznach i nieszczęśliwych kobietach. To felieton o tym, jak społeczeństwo nauczyło nas, że męski orgazm to cel, a kobiecy to opcja.
Dlaczego tak jest? Może dlatego, że od dzieciństwa mówimy chłopcom, że są aktywni, a dziewczynkom, że są bierne. Że to on ma brać, a ona ma dawać. Że jego potrzeby są ważniejsze, a jej są dodatkowe.
Może dlatego, że w porno – tej pierwszej edukacji seksualnej dla większości z nas – seks kończy się męskim orgazmem. Wytrysk na twarz, koniec filmu. Kobieta może jęczeć, ale jej orgazm nie jest pokazywany, bo nie jest „prawdziwy”.
Może dlatego, że nawet język zdradza nasze myślenie. „Skończył pierwszy” brzmi jak „wygrał”. „Doszedł za szybko” brzmi jak problem. Ale nikt nie mówi „ona nie skończyła” jak o problemie. To po prostu się zdarza.
A co, jeśli zmienimy myślenie? Co, jeśli przestaniemy traktować seks jak sport z jednym zwycięzcą? Co, jeśli zaczniemy myśleć o nim jak o tańcu, gdzie oboje docierają do końca piosenki?
Co, jeśli mężczyźni przestaną myśleć „najpierw ja”, a zaczną myśleć „razem”? Co, jeśli kobiety przestaną udawać zadowolenie i zaczną mówić, czego potrzebują?
Co, jeśli seks nie będzie się kończył, gdy on skończy, ale gdy oboje będą zadowoleni?
Może najpiękniejszy seks to nie ten, gdzie jeden wygrywa, a drugi przegrywa. Może to ten, gdzie nie ma zwycięzców i przegranych. Gdzie jest tylko dwoje ludzi, którzy chcą dać sobie przyjemność. Może pora przestać myśleć o seksie jak o wyścigu. I zacząć myśleć o nim jak o podróży, którą podejmujemy razem. Może pora przestać liczyć, kto pierwszy dotarł do mety. I zacząć dbać o to, żeby oboje w ogóle chcieli biec.
I może dopiero wtedy, kiedy przestaniemy liczyć, kto skończył pierwszy, a zaczniemy dbać, żeby skończyć razem – seks naprawdę stanie się piękną, intymną podróżą?
Sto Grzechów
Czytasz? Zostaw komentarz!