Grzech odmowy. Kiedy nie masz ochoty, ale nie potrafisz powiedzieć „nie”
Autor
Kładziesz mi rękę na udzie i od razu wiem, o co chodzi. Nie jest to przecież trudne, znamy się tyle lat. Jednak zamiast się na ciebie rzucić, myślę: „Kurwa, tylko nie dziś”.
Ale nie powiem tego. Zamiast tego rzucam klasykiem: „Jestem wykończony po pracy” albo „Boli mnie głowa” albo „Może jutro?” – jakbym recytował scenariusz kiepskiej komedii. Bo jak mam ci powiedzieć prawdę? Że nie mam ochoty. Że moje ciało nie reaguje. Że w tej chwili wolałbym wbić się w kanapę z pilotem w ręku niż w ciebie.
I wtedy widzę to spojrzenie – twoje rozczarowanie, które uderza mocniej niż cios w żebra. To spojrzenie mówi: „Znów mnie odrzucasz”. I czuję się jak skurwysyn. Bo wiem, że czekałaś, że budowałaś sobie ten moment w głowie przez cały dzień. A ja właśnie zdmuchnąłem świeczki na torcie.
Ale ja naprawdę nie mam ochoty. Moje ciało nie reaguje na twój dotyk tak jak kiedyś. Nie jestem już tym facetem, który by cię pieprzył noc w noc bez wytchnienia. Czasami jestem po prostu zmęczony. Czasami wolę pooglądać Netflixa. Czasami mam ochotę na spokój.
Ale jak ci to powiedzieć, żeby nie brzmiało jak: „Nie pociągasz mnie już”? Jak powiedzieć: „Kocham cię, ale nie chcę się z tobą pieprzyć” tak, żeby nie zabrzmiało jak koniec świata?
Więc kłamię. Wymyślam choroby, zmęczenie, stres w pracy. Wszystko, żeby tylko nie powiedzieć prawdy: że czasami po prostu nie mam ochoty. I że to normalne. Że to nie znaczy, że cię nie kocham.
Najgorsze jest to, że czasami się zgadzam. Żeby „mieć z głowy”. Żeby nie widzieć tego rozczarowania w twoich oczach. Leżę wtedy jak kawał mięsa i czekam, aż się skończy. Myślę o pracy, o filmie, o czymkolwiek, żeby tylko przetrwać.
A ty pewnie czujesz, że nie jestem z tobą. Że jestem gdzieś indziej. Że robię ci na złość. I masz rację. Robię ci na złość, bo nie mam odwagi powiedzieć „nie”.
W związku heteroseksualnym to facet zawsze ma mieć ochotę, prawda? To my mamy być zawsze gotowi. To w nas buzują hormony. To my myślimy o seksie co sześć sekund. A gdy nagle nie mamy ochoty, wszyscy myślą, że coś jest nie tak.
Może ze zdrowiem. Może z testosteronem. Może z tobą. Ale nikt nie myśli, że może po prostu czasami nie mamy ochoty. Że jesteśmy ludźmi, nie maszynami do pieprzenia.
I ja też tak myślałem. Że jeśli nie chcę seksu, to znaczy, że jestem chory albo zły na ciebie. Że prawdziwy mężczyzna zawsze ma ochotę. Że odmowa to znak słabości.
Ale kurwa, czy to prawda? Czy w jakiejkolwiek innej sytuacji życiowej człowiek musi zawsze mieć ochotę na to samo? Czy jeśli czasami nie mam ochoty na pizzę, to znaczy, że nie lubię pizzy?
Może gdybym mógł powiedzieć wprost: „Kocham cię, ale dzisiaj nie mam ochoty”, a ty byś to zrozumiała? Żeby to nie było drama, nie była seria pytań „Dlaczego?”, „Co jest nie tak?”, „Czy to przeze mnie?”.
Może gdybyśmy oboje rozumieli, że libido ma swoje wzloty i upadki. Że czasami nie mamy ochoty, i to nie znaczy nic więcej niż to, że nie mamy ochoty.
Autorka
Mówisz: „Jestem zmęczony”.
A ja wiem, że kłamiesz. Bo pół godziny temu oglądałeś mecz i żarłeś chipsy z takim entuzjazmem, jakbyś trenował do mistrzostw świata.
Ale nie powiem tego na głos. Uśmiecham się, kiwam głową i mówię: „Oczywiście, rozumiem”. A w środku umiera we mnie coś małego. Znów zostałam odrzucona. Znów nie jestem wystarczająco dobra, żeby mieć na mnie ochotę.
Najgorsze jest to, że nie wiem dlaczego. Czy to przez moje ciało? Czy przeszłam już datę przydatności? Czy jestem za gruba, za stara, za nudna? Czy to przez to, że nie robimy już tych wszystkich szalonych rzeczy z początku znajomości?
Czasami się zastanawiam: może gdybym była bardziej seksowna? Gdybym nosiła te wszystkie koronkowe stringi, które kupuję i nigdy nie wkładam? Gdybym robiła ci laskę bez pytania, jak w pierwszych miesiącach?
Ale potem myślę: kurwa, dlaczego to ma być moja wina? Dlaczego ja mam się starać, żebyś miał na mnie ochotę? To nie jest moja praca – być pożądaną. To nie jest moja wina, że czasami ci się nie chce.
Ale czuję się tak, jakby była. Jakby odmowa seksu była oceną mojej atrakcyjności. Jakby „nie mam ochoty” znaczyło „nie jesteś wystarczająco dobra”.
I czasami sama nie mam ochoty. Czasami jestem zmęczona, zestresowana, rozkojarzona. Ale gdy ty masz ochotę, czuję się winna za każde „nie”. Jakbym była złą kobietą. Jakbym nie spełniała swojego obowiązku.
Więc czasami się zgadzam. Rozbieram się bez entuzjazmu i czekam, aż się skończy. Myślę wtedy o zakupach, o pracy, o czymkolwiek innym. A ty pewnie czujesz, że nie jestem z tobą. I masz rację. Nie jestem.
Udaję westchnienia, poruszam biodrami jak w kiepskim porno. I wiem, że czujesz, że jestem gdzieś indziej. Bo jestem. Myślę o liście zakupów, o koleżance z pracy, o tym, żeby się szybciej skończyło. A potem leżę w łóżku i czuję się pusta. Użyta. Nie dlatego, że jesteś złym człowiekiem – jesteś wspaniały. Ale dlatego, że uprawiałam seks, którego nie chciałam. Dlatego, że dałam ci swoje ciało, ale nie swoją ochotę.
Najgorsze jest to, że gdy ja nie mam ochoty, a ty tak, czuję się winna. Jakbym nie kochała cię wystarczająco. Jakby prawdziwa kobieta zawsze miała ochotę na swojego mężczyznę.
Ale kurwa, czy to prawda? Czy libido to stała? Czy muszę chcieć cię z tą samą intensywnością każdego dnia przez resztę życia?
A może gdybyśmy mogli powiedzieć sobie nawzajem: „Dzisiaj nie mam ochoty” bez żadnych wymówek, bez kłamstw, bez poczucia winy? Może gdyby „nie” nie było odrzuceniem osoby, tylko odrzuceniem aktywności?
Może gdybyśmy przestali traktować libido jak dowód miłości. I zaczęli traktować je jak to, czym jest – zmienną, ludzką potrzebą, którą czasami się ma, a czasami nie.
Autorzy
To nie jest felieton o beznamiętnych związkach. To felieton o tym, że wszyscy czasami nie mamy ochoty, ale boimy się to powiedzieć wprost.
Dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że traktujemy libido jak barometr miłości. Że „nie mam ochoty” słyszymy jako „nie kocham cię”. Że odmowę seksu traktujemy jak odrzucenie osoby.
Może dlatego, że nikt nie uczył nas, że normalne jest nie mieć ochoty. Że libido to nie stała – to fala, która ma swoje wzloty i upadki. Że można kochać kogoś z całego serca i czasami nie mieć ochoty się z nim pieprzyć.
Może dlatego, że żyjemy w kulturze, która mówi nam, że prawdziwe pary uprawiają seks cały czas. Że jeśli nie macie ochoty na siebie, to znaczy, że wasz związek umiera.
Ale co, jeśli to nieprawda? Co, jeśli czasami nie mieć ochoty to po prostu ludzka rzecz? Co, jeśli „nie dziś” nie znaczy „nie kocham cię”, tylko „nie jestem w nastroju”?
Co by się stało, gdybyśmy przestali kłamać? Gdyby zamiast „boli mnie głowa” powiedzieć „nie mam dziś ochoty”? Gdyby zamiast uprawiać seks z obowiązku, powiedzieć „może jutro”?
Co by się stało, gdyby odmowa seksu nie była dramatem? Gdyby była po prostu informacją, tak jak „nie mam ochoty na pizzę” albo „nie chce mi się iść do kina”?
Może największym tabu nie jest brak seksu. Może największym tabu jest powiedzieć „nie dziś” bez wymówek i bez poczucia winy. Może najzdrowsze związki to nie te, w których zawsze mamy na siebie ochotę. Ale te, w których możemy się sobą cieszyć także wtedy, gdy jej nie mamy.
Może pora przestać udawać, że jesteśmy maszynami do seksu. I zacząć być ludźmi, którzy czasami mają ochotę, a czasami nie – i oba warianty są w porządku.
Może najważniejsza zgoda to nie ta na seks. Może to zgoda na to, żeby czasami go nie było. Tak po prostu, jak czasami nie ma pizzy na kolację.
Sto Grzechów
Czytasz? Zostaw komentarz!