Grzech niedopasowania – kiedy jesteśmy razem, bo tak wybraliśmy
Autor
Samotność to taka straszna trwoga.
Powtarzam to sobie za każdym razem, gdy ty budzisz się o szóstej rano i wychodzisz z łóżka, a ja dopiero zasnąłem dwie godziny temu. Za każdym razem, gdy wracasz z pracy o siedemnastej pełna energii, a ja dopiero zaczynam dzień. Za każdym razem, gdy chcę porozmawiać o tym, co czuję, a ty tylko kiwasz głową w milczeniu.
Nie pasujemy do siebie. W rytmie, w potrzebach, w temperaturze życia. Ja jestem sową, ty skowronkiem. Ja potrzebuję rozmów, ty ciszy. Ty wstajesz z kurami, ja kładę się spać gdy świt.
Czasami patrzę na ciebie i myślę, że wszystko powinno działać.
Pasujemy do siebie na papierze: mamy wspólne konto, wspólny plan dnia, nawet wspólne milczenie przy kolacji.
A jednak czuję, że nasze rytmy się rozjechały.
Jakbyśmy byli dwoma ciałami pod jednym dachem, ale z innym pulsowaniem.
I wiem to. Od początku wiedziałem.
Ale wybrałem cię. Wybrałem to. Wybrałem niedopasowanie, które znam, nad samotność, której się boję.
Bo widzisz, próbowałem być sam. Przed tobą, między związkami. Mieszkałem sam w kawalerce, spałem, kiedy chciałem, pracowałem do późna w nocy. Miałem pełną swobodę bycia nocnym stworzeniem.
I kurwa, to było straszne.
Cisza nocna, która nie była spokojem, tylko pustką. Pokój, w którym nikt nie śpi obok, nikt nie oddycha. Poranki, gdy budziłem się po południu i wiedziałem, że cały świat już żyje bez mnie. Wieczory, gdy potrzebowałem z kimś pogadać, a telefon był pusty.
Więc wybrałem cię. Wybrałem nas. Z całym tym niedopasowaniem.
I tak, frustruje mnie, że gdy ja dopiero zaczynam funkcjonować o dziesiątej wieczorem, ty już ziewasz. Że gdy ja potrzebuję porozmawiać – naprawdę porozmawiać, nie tylko „jak minął dzień” – ty odpowiadasz krótko, jakby słowa bolały. Że gdy ja chcę bliskości o drugiej w nocy, ty już od dawna śpisz.
Próbuję się do ciebie zbliżyć.
Nie agresywnie, nie z obowiązku. Po prostu chcę poczuć, że jeszcze istniejemy.
Przytulam cię, a twoje ciało nie drży, tylko trwa.
Jakby nauczyło się nie reagować, żeby nie zawieść.
Wtedy uświadamiam sobie, że to już nie gra o pożądanie, tylko o potwierdzenie, że wciąż mamy jakieś „my”.
Kiedyś nasze różnice były fascynujące.
Ty impulsywna, ja spokojny.
Ty chaos, ja plan.
Dziś te same rzeczy nas męczą.
Mój dotyk cię przytłacza. Twoje milczenie mnie dusi.
Ale wiesz co? To nadal lepsze niż samotność.
Bo nawet gdy się mijamy – ja idę spać, gdy ty wstajesz – to mijamy się w tym samym mieszkaniu. Nawet gdy milczysz, bo nie potrzebujesz słów, a ja gadam, bo potrzebuję – to jesteś tu, słuchasz. Nawet gdy nasze ciała żyją w innych czasach, to nadal dzielą to samo łóżko.
I może to nie jest ta wielka, filmowa miłość. Może to nie jest „idealnie do siebie pasujemy”. Może to jest po prostu decyzja. Codzienna, świadoma decyzja, że to, co mamy – z całym niedopasowaniem – jest lepsze niż nic.
Samotność to taka straszna trwoga. A ty jesteś moim lekarstwem na tę trwogę. Niedoskonałym, śpiącym, gdy ja czuwam, milczącym, gdy ja potrzebuję rozmowy.
Ale moim.
Bo w niedopasowaniu też jest jakiś rodzaj bliskości.
Taki surowy, prawdziwy.
Jak stary t-shirt, którego nie wyrzucasz, choć dawno stracił kształt i kolor.
Autorka
Samotność to taka straszna trwoga.
Mówisz: „Nie pasujemy już do siebie”.
A ja myślę: czy kiedykolwiek pasowaliśmy?
Na początku wszystko było proste.
Twoje ciało znało moje, zanim ja zdążyłam je poznać.
Wiedziałeś, jak dotknąć, gdzie spojrzeć, co powiedzieć.
Teraz każde nasze zbliżenie to próba – trochę z ciekawości, trochę z nadziei.
Nie pasujemy. Nigdy nie pasowaliśmy. I oboje o tym wiemy.
Ja żyję ze słońcem. Wstaję ze świtem, energia wzbiera wraz z pierwszymi promieniami. O ósmej wieczorem jestem już wykończona, gotowa do snu. Potrzebuję ciszy jak powietrza – cisza mnie regeneruje, cisza jest moim domem.
A ty? Ty żyjesz nocą. Dopiero o dziesiątej wieczorem zaczynasz funkcjonować. O pierwszej w nocy masz szczyt formy. I potrzebujesz słów – ciągłych rozmów o uczuciach, o tym co myślisz, o nas.
Ale zostałam. Bo wybrałam to. Wybrałam niedopasowanie, które znam, nad samotność, której doświadczyłam.
Czasami myślę, że niedopasowanie nie jest w ciele, tylko w rytmie.
Ty próbujesz kochać mnie logicznie. Ja ciebie emocjonalnie.
I w tym wszystkim gubimy moment, w którym można było po prostu być.
Bez poprawiania, bez analizy.
Z oddechem, z czułością, z ciszą, która nie jest karą.
A mimo to zostaję.
Bo może niedopasowanie to też forma miłości ta najbardziej prawdziwa.
Nie ta, która pasuje jak z reklamy.
Ta, która boli, bo jest prawdziwa.
Więc wybrałam cię. Wybrałam nas. Ze świadomością, że nie jesteśmy idealnie dopasowani.
I tak, irytuje mnie, że gdy ja potrzebuję ciszy po całym dniu ludzi i hałasu, ty chcesz gadać. Że gdy ja chcę już spać o dziesiątej, ty dopiero zaczynasz dzień. Że mijamy się w czasie – ja wychodzę rano, gdy ty śpisz; wracam wieczorem, gdy ty dopiero wstajesz.
Ale to nadal lepsze niż być sama.
Bo nawet gdy ty gadasz, a ja milczę – jesteś tu. Nawet gdy ty czuwasz nocą, a ja śpię – dzielimy to samo łóżko. Nawet gdy nasze rytmy są przeciwne – twój szczyt to mój koniec dnia – to nadal jesteśmy razem.
I to jest właśnie to. To nie jest wielka miłość z książek. To nie jest „jesteśmy stworzeni dla siebie”. To jest po prostu wybór. Wybór, żeby zostać, mimo że nie pasujemy.
Bo samotność to taka straszna trwoga. A ty jesteś moją tarczą przed nią. Nocną sową, gdy ja jestem skowronkiem. Gadatliwym, gdy ja potrzebuję ciszy.
Ale jesteś.
Autorzy
To nie jest felieton o idealnej miłości. To felieton o wyborze mniejszego zła.
Ale zostajemy. Nie dlatego, że jesteśmy szczęśliwi. Ale dlatego, że samotność to taka straszna trwoga.
Ta fraza – nie nasza, wypożyczona od kogoś mądrzejszego – oddaje prawdę, którą znamy wszyscy. Że czasami wybieramy być z kimś nie dlatego, że to idealne, ale dlatego, że to lepsze niż być samemu.
Bo samotność to nie wolność. To nie siła. To nie „znalezienie siebie”.
Samotność to pustka o trzeciej nad ranem. To panika, gdy chorujemy i nie ma kogo zawołać. To pytanie „Czy ktoś w ogóle zauważy, jeśli zniknę?”.
Więc zostajemy w związkach, które nie są perfekcyjne. W związkach, gdzie nie pasujemy – w rytmie, w potrzebach, w temperaturze.
I udajemy? Nie. Nie udajemy. Akceptujemy.
Akceptujemy, że nie będzie idealnie. Że będziemy się mijać. Że czasem seks będzie kompromisem, nie spełnieniem. Że czasem będziemy frustrować się nawzajem swoimi potrzebami.
Ale akceptujemy też, że to lepsze niż nic. Że niedopasowany partner to nadal partner. Że mijające się rytmy to nadal wspólny taniec – może nie zsynchronizowany, ale wspólny.
Może najbardziej dojrzała miłość to nie ta, gdzie wszystko idealnie pasuje. Może to ta, która mówi: „Wiem, że nie pasujemy. I wybieram cię mimo to”.
Bo dopasowanie to nie stan, który albo jest, albo go nie ma. To codzienna praca. To kompromis między moimi potrzebami a twoimi. To decyzja, żeby czasem dać ci to czego potrzebujesz, nawet jeśli ja potrzebuję czegoś innego.
I tak, to jest męczące. Tak, to jest frustrujące. Tak, czasem myślimy „może z kimś innym byłoby łatwiej”.
Ale z kimś innym też nie będzie idealnie. Bo idealnego dopasowania nie ma. Są tylko dwa niedopasowane ciała, które decydują się na wspólny taniec.
I może właśnie w tym jest piękno. Że wybieramy to niedopasowanie. Świadomie. Celowo. Bo znamy je. Bo wiemy, czego się spodziewać. Bo lepiej znane niedopasowanie niż nieznana samotność.
Może najsmutniejsza prawda o związkach brzmi tak: większość z nas nie jest razem, bo idealnie pasujemy. Jesteśmy razem, bo wybraliśmy coś nad nic.
I to jest okej. To nie jest romantyczne. To nie jest piękne. Ale to jest ludzkie.
Bo samotność to taka straszna trwoga. A nawet niedopasowany związek daje nam coś, czego samotność nie da – pewność, że ktoś jest obok. Nawet jeśli ten ktoś śpi, gdy my nie śpimy. Nawet jeśli ten ktoś chce ciszy, gdy my chcemy rozmowy. Nawet jeśli ten ktoś w łóżku potrzebuje czegoś innego niż my.
Jest obok. I to wystarczy.
Przynajmniej na dziś.
Sto Grzechów
Czytasz? Zostaw komentarz.
A już za tydzień: Grzech znikania. Nie od kogoś – od siebie.
Felieton o tym, jak w relacjach rozpuszczamy się w codzienności, w cudzych oczekiwaniach, w „muszę”.
O kobietach, które już nie wiedzą, co lubią. O mężczyznach, którzy już nie wiedzą, czego pragną.
O cichym znikaniu bez dramatów, kiedy jeszcze jesteś – ale już Cię nie ma.