Grzech codzienności
Autor
Siedzę przy laptopie i sprawdzam przez aplikację, co mamy w lodówce. Robię listę zakupów, dodaję twoje ulubione jogurty, pamiętam, że skończyła się kawa. Patrzę na kalendarz – jutro urodziny twojej siostry, muszę przypomnieć.
Siedem lat razem. I czasami mam wrażenie, że jestem twoim osobistym asystentem. Pamiętam o wszystkim – o wizytach, rachunkach, zakupach, terminach. Wiem, kiedy masz okres, kiedy musisz odebrać wyniki, kiedy kończy się abonament.
Jesteśmy zespołem. Dobrze naoliwioną maszyną. Funkcjonujemy. Ale kiedy ostatnio przestaliśmy funkcjonować, a zaczęliśmy żyć?
Wczoraj wieczorem wróciłem do domu wykończony. Spotkanie przeciągnęło się o trzy godziny, szef był dupkiem, w autobusie ktoś mi nadepnął na stopę. Wszedłem przez drzwi i pierwsze, co zobaczyłem, to ty – w starej bluzie, włosy spięte, bez makijażu, zmywająca naczynia.
I pomyślałem: „Kurwa, jak ja cię kocham”. Podszedłem, objąłem cię od tyłu. Pocałowałem w szyję. „Jestem wykończony” – powiedziałem. A ty odwróciłaś głowę, uśmiechnęłaś się i powiedziałaś: „Domyślam się. Idź, weź prysznic. Zrobię kolację”.
I to było piękne, prawda? Ten moment bliskości. Ten automatyzm troski.
Ale potem, po kolacji, siedzieliśmy na kanapie. Ty scrollowałaś telefon. Ja scrollowałem telefon. I nagle zrobiła się dwudziesta trzecia. Stwierdziłaś, nie zapytałaś: „Idziemy spać”. I poszliśmy. Do łóżka. Każde na swoją stronę.
Bez seksu. Bez rozmowy. Bez niczego. Po prostu zasnęliśmy.
Ale w zeszłą sobotę było inaczej. Poszliśmy na kolację – prawdziwą kolację, w restauracji, bez znajomych, bez zobowiązań. Wypiliśmy wino. Dużo wina. Rozmawialiśmy. Śmialiśmy się.
I wróciliśmy do domu napaleni jak nastolatkowie. Ledwo zamknęliśmy drzwi, a już cię całowałem. Rozbierałem. Chciałem cię tak bardzo, jakbyśmy się dopiero poznali. Nie minęło kilka minut i uprawialiśmy seks — namiętny, brudny, głośny. Nie na łóżku, na kanapie, bo nie mogliśmy czekać. Ty krzyczałaś moje imię, ja twoje. I było jak kiedyś.
Ale to była sobota. Wyjątek. Nie reguła.
A reguła? Reguła to środa wieczorem, gdy oboje jesteśmy zmęczeni, ale nie aż tak zmęczeni. Ty siadasz na kanapie i pytasz: „Włączmy coś?”. I oboje wiemy, o co chodzi.
Odpalam laptopa. Wchodzę na naszą stronę. Scrollujemy razem – szukając czegoś, co obojgu się spodoba. Czasem się śmiejemy z tych naciąganych scenariuszy. Czasem komentujemy: „Kurwa, jak ona to robi w tych szpilkach?” albo „Ten facet wygląda jak mój szef”.
I włączamy. Patrzymy przez chwilę, może dwie. Twoja ręka wędruje do moich spodni. Moja do twoich ud. I robimy to — szybko, sprawnie. Czasami używamy wibratora albo dwóch, które przecież po to mamy. Jestem w tobie, gdy się nim bawisz. Czasami po prostu klasycznie — biorę cię od tyłu na kanapie, podczas gdy na ekranie dzieje się coś zupełnie innego.
Film gra w tle. Nikt na niego nie patrzy. To tylko tło, pretekst, rozgrzewka.
Dziesięć minut później leżymy obok siebie, spoceni, zadowoleni. Wyłączam laptop. Ty wstajesz, idziesz do łazienki. Słyszę, jak sikasz, myjesz ręce. Wracasz i kładziemy się spać.
I to jest kurewsko dziwne, prawda? Że możemy mieć moment intymności, a zaraz potem słyszeć, jak druga osoba sika. Że nie ma między nami wstydu, tajemnicy, dystansu.
A czasami jest inaczej. Sobota rano, gdy leżysz jeszcze w łóżku. Przychodzę z kawą, siadam na brzegu. Całuję cię w ramię. Moja ręka wędruje pod kołdrę, powoli, czule. Nie ma pośpiechu.
Dotykam cię tam, gdzie lubisz. Powoli, świadomie. Patrzę na twoją twarz, na to jak zamykasz oczy, jak oddychasz. I nie myślę o filmie z wczoraj, o pracy w poniedziałek, o niczym. Tylko o tobie.
I to są te momenty, które przypominają mi, dlaczego tu jestem.
I wiesz co? Czasami to jest właśnie to, czego potrzebujemy. Nie romansu. Nie namiętności. Tylko szybkiego rozładowania, żeby móc dalej funkcjonować. I myślę: „Okej. To jest to. Życie. Codzienność. I ja to akceptuję”.
Ale czy to wystarczy na kolejne siedem lat?
Autorka
Stoję w łazience i szukam szczoteczki do zębów. Sprawdzam szafkę, potem drugą. Kurwa, gdzie ona jest? I wtedy krzyczę: „Gdzie moja szczoteczka?” A ty z salonu: „Przy umywalce, jak zawsze!”.
Siedem lat. I czasami mam wrażenie, że bez ciebie nie znalazłabym własnej głowy.
Wchodzę do pokoju, biorę ładowarkę. Jestem topless, w samych majtkach. Ty siedzisz przy laptopie.
Czasami nawet nie podnosisz wzroku. „Masz spotkanie?” – pytam. „Za chwilę” – odpowiadasz, skupiony na ekranie. I wychodzę. To nie jest prowokacja. To jest po prostu życie.
Ale czasami reagujesz. Czasami twój wzrok zatrzymuje się na moich piersiach. Widzę jak przełykasz ślinę. Czasami mówisz: „Chodź tu na sekundę” i przyciągasz mnie na kolana.
Całujesz mój dekolt, bierzesz sutek do ust, ssiesz mocno. Ja śmieję się i mówię: „Zaraz masz spotkanie!”. Ale ty nie słuchasz.
„Pierdolę spotkanie” – odpowiadasz i twoja ręka wsuwa się pod moją bieliznę, znajdujesz mnie mokrą. „Kurwa, już?” – Uśmiechasz się.
I robisz mi dobrze palcami, tu, na tym krześle biurowym. Szybko, zaciekle, jakbyś miał tylko minutę. Twoja druga ręka ściska mój biust, czasem za mocno, ale właśnie o to chodzi. Dochodzę cicho, próbując się nie wyrywać – zaraz przecież twoje spotkanie.
„Teraz ty” – mówię i klękam przed tobą. Rozpinam twoje spodnie, biorę go do ust. Nie mam czasu na delikatność – robię to mocno i szybko, czasami pomagam sobie ręką. Kończysz mi w ustach po trzech minutach. Połykam, całuję cię w usta.
„Masz spotkanie za minutę” – przypominam. Ty się śmiejesz, wycierasz usta i logujesz się na call, jakby nic się nie stało.
I to jest takie pięknie normalne. Że czasami mnie chcesz tak bardzo, że ryzykujesz spóźnienie na spotkanie. A czasami jesteś tak zajęty myślami o pracy, że nie widzisz moich nagich piersi.
Takie jest życie. Nie za każdym razem, ale też nie nigdy.
Ale jest też inna strona. Piątek wieczorem, gdy siedzisz na kanapie w samych bokserkach. Przechodzę obok nago – świeżo po prysznicu, jeszcze wilgotna. I nic. Żadnej reakcji. Scrollujesz Instagram, jakbym była niewidzialna.
I prawda jest właśnie taka: większość dni to właśnie to. Przechodzę naga, ty nie reagujesz. Ty przechodzisz nagi, ja nie reaguję. Widzieliśmy się w każdej możliwej sytuacji – nago, w bieliźnie, z grypą, z biegunką. Nie mamy już przed sobą tajemnic.
I czasami to jest piękne – ta swoboda, ten komfort. Ale czasami tęsknię za tym, żebyś patrzył na mnie tak, jak kiedyś. Żebyś widział we mnie kobietę, nie tylko współlokatorkę.
Kocham cię. Ale kurwa, czasami jestem po prostu zmęczona.
Zmęczona tym, że nie widzisz, co robię. Że przechodzę przez pokój topless i nie reagujesz. Że myślę o tym, kiedy ostatni raz spojrzałeś na mnie tak, jak patrzysz na kobiety w tych filmach, które oglądamy.
Wczoraj wróciłam z pracy wykończona – osiem godzin przy komputerze, ludzie są po prostu debilami. Weszłam do domu i ty już gotowałeś kolację. Uśmiechnąłeś się: „Cześć, jak dzień? Idź, się ogarnij, zaraz będzie gotowe”. I to było piękne. Ta troska. Ten automatyzm miłości.
A chwilę potem przyszedłeś do łazienki, gdy kąpałam się w wannie. Usiadłeś na brzegu. Zanurzyłeś rękę w wodzie i zacząłeś myć mi plecy. Bez słowa.
I nagle wszystko było w porządku. Cały ten dzień, cała ta złość – rozpuściła się w tej wannie.
Ale to były tylko plecy. Nie seks. Nie romans. Tylko plecy.
Bo prawda jest taka: większość dni to nie jest żadna komedia romantyczna. To jest przetrwanie. Dotarcie do końca dnia bez kłótni, bez dramatu, bez załamania.
Czasami jest inaczej. Planujemy wieczór – prawdziwy, wymyślony wieczór. Świece, wino, muzyka. Zamawiamy jedzenie zamiast gotować. I rozmawiamy. O wszystkim. O tym, jak się czujemy, czego chcemy, o czym marzymy. Nie o rachunkach, nie o obowiązkach – o nas.
A potem idziemy do sypialni i uprawiamy seks jak za starych czasów. Powoli, namiętnie, świadomie. Patrząc sobie w oczy. Dotykamy siebie tak, jakbyśmy byli nastolatkami.
I to jest piękne. Ale to jest wyjątek. A reguła? Reguła to wtorek wieczorem, gdy leżymy w łóżku, oboje zmęczeni. Ty czytasz coś na tablecie. Ja scrolluję Insta. Milczymy, każde w swoim świecie, ale twoja noga przerzucona jest przez moją.
I to jest tak normalne, tak codzienne, że aż piękne. Leżymy obok siebie i żadne z nas nie ma ochoty. Gdy dotykamy się telefonami w rękach, ale żadne nie rozpoczyna niczego więcej. Twoja ręka leży na moim udzie, ale nic więcej się nie dzieje.
Po prostu zasypiamy, zmęczeni, każde w swoim świecie. I to też jest okej. I rano budzę się i myślę: „Czy to tak ma wyglądać? Czy to jest koniec namiętności, czy tylko przerwa?”.
Ale potem patrzę na ciebie śpiącego obok. Włosy rozczochrane, lekko pochrapujesz, masz odcisk od poduszki na policzku. I myślę: „To jest miłość. Prawdziwa, codzienna, zwyczajna miłość”.
I to wystarczy. Przynajmniej na dziś.
I nie ma w tym dramatu. To po prostu tak jest. Czasem chcemy razem, czasem osobno, czasem wcale. Bo to właśnie jest miłość po siedmiu latach. Nie płomień, ale żar. Nie eksplozja, ale ciepło.
Pytanie tylko: jak długo ten żar będzie wystarczał?
Autorzy
To nie jest felieton o związku, który umiera. To felieton o związku, który żyje – tylko w inny sposób niż kiedyś.
Bo prawda jest taka: życie przytłacza. Praca, rachunki, obowiązki, zmęczenie. To wszystko zjada energię, którą mieliśmy na początku. Tę energię na spontaniczny seks, na długie rozmowy, na patrzenie sobie w oczy.
I nagle związek to nie jest już przygoda. To jest po prostu… życie. Codzienne, zwykłe, przewidywalne życie.
Ale czy to źle?
Może problem nie leży w codzienności. Może leży w tym, że zapominamy szukać iskry w tej codzienności. Że przestajemy zauważać te małe momenty – te plecy myte w wannie, te kawy przynoszone do łóżka, te SMS-y – „zapomniałem kluczy”, które irytują, ale też znaczą „potrzebuję cię”.
Może najpiękniejsza miłość to nie ta z początku – ta dziką, namiętna, nieprzewidywalna. Może to ta, która nauczyła się trwać mimo codzienności. Ta, która przetrwała tysiące poranków, tysiące wieczorów, tysiące „jestem zmęczony” i „nie mam ochoty”.
Może seks nie musi być za każdym razem romantyczny. Czasem może być szybki, funkcjonalny, z wibratorem jako dodatkiem. Czasem może oznaczać tylko tyle: „zrób mi ręką, potrzebuję tego”. I to też jest intymność – ta nieromantyczna, ale szczera.
Może najważniejsze są te rzadkie momenty. Te nasze dni, gdy przestajemy funkcjonować i zaczynamy żyć. Gdy patrzymy sobie w oczy i pamiętamy, dlaczego jesteśmy razem.
Bo codzienność to nie jest grzech. Grzechem jest zapomnieć, że pod tą codziennością wciąż jest miłość. Że pod tym zmęczeniem, pod tymi obowiązkami, pod tym „zapomniałem kluczy” – jest człowiek, którego wybraliśmy. I który wybrał nas.
Może pora przestać porównywać nasz związek do związków z początku. Do związków w filmach. Do związków w Instagramie, gdzie wszyscy są zawsze szczęśliwi, zawsze namiętni, zawsze perfekcyjni.
Może pora zaakceptować, że miłość po siedmiu latach wygląda inaczej. Mniej dramatycznie. Bardziej spokojnie. Mniej namiętnie. Bardziej pewnie.
I może to właśnie jest najpiękniejsze – ta miłość, która nie musi być cały czas ekscytująca, żeby być prawdziwa. Ta miłość, która przetrwa nudę, zmęczenie, codzienność.
Może warto czasem przypomnieć sobie, dlaczego zaczęliśmy. Zarezerwować ten piątek. Zapalić te świece. Porozmawiać o czymś więcej niż rachunki.
Ale przede wszystkim – warto zaakceptować, że między tymi świecami będą dni, gdy on zapomni kluczy, a ona będzie za zmęczona na seks. I to jest okej. To jest po prostu życie.
Może grzech codzienności to nie to, że stała się nudna. Może to to, że przestaliśmy szukać piękna w tej nudzie.
Sto Grzechów
Czytasz: zostaw komentarz.
A już za tydzień poruszymy kolejny temat, który dotyka wielu_e z nas – o grzechu „daję radę”.
O sile, która staje się kłamstwem.
O tym, jak często udajemy, że wszystko jest w porządku, choć w środku powoli się rozsypujemy.
Krzywda w związku - dlaczego pamiętamy więcej niż powinniśmy
2025-11-28 @ 08:49
[…] nie jest felieton o złych ludziach. To felieton o tym, jak związek może zamienić się w pole bitwy, gdzie każde z nas jest jednocześnie ofiarą i […]