Czasami czuję się tak, jakby jesień wgryzała się we mnie, wbijała w kości, jakby stawała się cząstką mnie, tą cząstką, której nie lubię.
Nie, nie jestem jesieniarą. Daleko mi do jesieniary, jesień zbija mnie z tropu, sprawia, że nagle wszystko wydaje się takie trudne.
Jesienią trudniej mi pożądać, trudniej mi kochać, trudniej lubić samą siebie.
Parę dni temu znajoma zaproponowała, abyśmy spróbowały napisać poradnik o grze wstępnej dla mężczyzn. Siedzę i myślę, i sama nie wiem: bo czy ja potrzebuję gry wstępnej?
Czy jak mężczyzna, którego uwielbiam, patrzy na mnie – czy nie jest to dla mnie wystarczającą grą wstępną?
Czy jak jego skóra dotyka mojej, to czy nie robię się wilgotna, wygłodniała?
Czy jak uśmiecha się tym swoim krzywym uśmiechem – nie wystarczy?
Pożądanie budzi pożądanie, przynajmniej u mnie zawsze tak było. Nigdy nie potrzebowałam całej tej otoczki „gry wstępnej”. Tak, zawsze byłam jedną z tych osób, którym wystarczy fakt, że w jego/jej oczach rodzi się ta iskra, to ona uruchamiała mnie, cały ten ogień, pożar.
Za to gdzieś po drodze odkryłam coś innego: im jest zimniej, im jest ciemniej na dworze, tym mi trudniej o to, by rozpalić samą siebie. Może tutaj potrzebuję gry wstępnej? Wiosna i lato same w sobie są dla mnie erotyczne, ale czy potrafię odnaleźć ten stan w jesieni? Czy to już? Ten czas, gdy zawijam się w koc i szukam inspiracji w tekście, w słowach, w obrazach?
Gra wstępna, ta z samą sobą, jest teraz najtrudniejsza.
Może napiszę z nią ten poradnik, tylko czy jestem właściwą osobą? W końcu ja najchętniej napisałabym w nim jedno: PRAGNIJ DRUGIEJ STRONY, PRAGNIJ JEJ TAK, ABY TWOJE PRAGNIENIE ROZPALIŁO JEJ.
To wystarczy mi, ale przecież sama znam kobiety, mężczyzn, którzy potrzebują flirtu, potrzebują rozgrzania, kawałkami, etapami, gestami i słowami.
Ja i jesień też potrzebujemy…
N.D.
Grafika: Justyna Kowalska