Grzech liczenia krzywd w związku
Autor
Kłócimy się o pranie, bo… zostawiłem skarpetki na podłodze.
„Znowu?” – mówisz. I to słowo – „znowu” – zawiera w sobie całą historię.
Nie chodzi o te skarpetki. Chodzi o wszystkie poprzednie. O te sprzed tygodnia, sprzed miesiąca, sprzed roku. O parę skarpetek, którą kiedykolwiek zostawiłem.
„Przepraszam” – mówię.
„Zawsze przepraszasz” – odpowiadasz. „Ale nic się nie zmienia.”
I zaczynam. Bo to nie jest fair, prawda? Bo ja pamiętam każdą rzecz, którą ty zostawiłaś. Każdy kubek na stoliku, brudne naczynie w zlewie, mokrą szmatkę na blacie.
„A ty?” – zaczynam. „Jak ty zostawiłaś wczoraj talerz na kanapie? A jak w zeszłym tygodniu nie posprzątałaś łazienki?”
„To nie to samo” – odpowiadasz.
Ale jest to samo. Dokładnie to samo. Tylko że ja liczę, a ty też liczysz, i oboje trzymamy swoje listy krzywd gotowe do wyciągnięcia w każdej chwili.
To już nie jest kłótnia o skarpetki. To jest rozprawa sądowa. Krzywdy?
Każde z nas jest adwokatem własnej sprawy. Ja wyciągam dowody twojej winy. Ty wyciągasz dowody mojej. I liczymy punkty.
„Pamiętasz jak w lutym nie poszedłeś ze mną do rodziców?” – mówisz.
Luty. Cztery miesiące temu. Oczywiście, że pamiętasz.
„Pamiętasz jak w styczniu zapomniałaś o urodzinach Kasi?” – odpowiadam.
Styczeń. Pięć miesięcy temu. Oczywiście, że pamiętam.
I tak już jesteśmy, każda kłótnia to wycieczka po archiwach. Nie rozmawiamy o tym, co jest. Rozmawiamy o tym, co było. I było. I było.
Mam w głowie listę. Długą, szczegółową listę wszystkich twoich przewinień. Każde spóźnienie, każde zapomniane słowo. Ton głosu, który mnie zranił, każde spojrzenie, które było za zimne.
Przechowuję to wszystko. Archiwizuję. Kataloguje. Gotowe do wyciągnięcia w odpowiednim momencie.
Bo widzisz, nie chodzi o wybaczenie.
Wybaczam. Mówię „okej, nie szkodzi”, „rozumiem”, „zostawmy to”.
Ale nie zapominam. Nigdy nie zapominam.
A ty też nie. Masz swoją listę. Widzę to, gdy kłócimy się – w twoich oczach pojawia się ta znajoma iskra. Ta, która mówi: „Mam cię. Mam wszystkie dowody.”
I wyciągasz. Jedną krzywdę za drugą. Chronologicznie ułożone, precyzyjnie zapamiętane. Daty, miejsca, okoliczności.
- 25 marca, sobota, byliśmy u twoich znajomych i ignorowałeś mnie całym wieczorem
- 14 kwietnia, wtorek, miałam ciężki dzień, a ty nawet nie zapytałeś jak było
- 3 maja, środa, obiecałeś zrobić zakupy i zapomniałeś
Każda data, szczegół. Archiwum krzywdą z których żadna nie została wybaczona. Tylko odłożona.
I najgorsze jest to, że masz rację. We wszystkim. Naprawdę zignorowałem cię 25 marca, nie zapytałem 14 kwietnia, zapomniałem 3 maja.
Ale ty też masz swoją listę win. I ja też mam rację we wszystkim.
I tak stoimy naprzeciw siebie.
Nie jako kochankowie. Jako przeciwnicy sądowi. Każde z nas z teczką dowodów. Każde gotowe udowodnić, że druga strona jest winna.
Ale winna czego? Bycia człowiekiem? Popełniania błędów? Zawodzenia czasami?
Idziemy spać po kłótni. Leżymy plecami do siebie. I myślę: ile jeszcze mamy miejsca w tym archiwum? Ile jeszcze krzywd się zmieści, zanim związek runie pod ich ciężarem?
Autorka
Mówisz „przepraszam” i myślisz, że to koniec.
Ale dla mnie to dopiero początek. Bo pamiętam wszystko. Każde twoje „przepraszam”, po którym nic się nie zmieniło. Każdą obietnicę, która nie została dotrzymana. Każde zranienie, które miało być ostatnim.
Mam w głowie arkusz Excela. Nie dosłownie, ale prawie. Kolumny: data, wydarzenie, twoja reakcja, moje uczucie. Wiersze za wierszami. Rok za rokiem.
I za każdym razem, gdy mówisz „czemu znowu to wyciągasz?” – myślę: bo nie zapomniałam. Bo to się nie zdarzyło raz. To jest wzorzec. Historia. Dowód na to, że nic się nie zmieni.
Zostawiłeś skarpetki. Okej, to drobnostka. Ale to nie pierwsza para. To setna. I każda para to przypomnienie, że ja nie jestem dla ciebie ważna. Że moje prośby nie mają znaczenia. Że możesz obiecywać, ale i tak zrobisz po swojemu.
„To tylko skarpetki” – mówisz.
Ale to nie tylko skarpetki. To „znowu”. To „zawsze”. To „nigdy się nie zmienisz”.
I zaczynam wyciągać.
Jedną krzywdę za drugą. Bo chcę, żebyś zobaczył, żebyś zrozumiał. Że to nie jest „tylko raz”. To jest system.
Ale ty też wyciągasz. Swoje krzywdy. Swoją listę. I nagle kłótnia o skarpetki zamieniła się w proces sądowy o całą naszą historię.
„Kto zranił bardziej?” „Kto ma prawo być bardziej zraniony?” „Czyja krzywda waży więcej?”
I liczymy. Sumujemy. Porównujemy.
Jakby ból dał się zmierzyć w jednostkach. Jakby krzywdy można było układać na szalach i zobaczyć, która strona przechyla.
Najgorsze jest to, że pamiętam szczegóły, których ty już nie pamiętasz.
„25 marca, pamiętasz?” – mówię.
„Co było 25 marca?” – pytasz.
I to mnie wkurza jeszcze bardziej. Bo dla ciebie to był zwykły dzień. Dla mnie to był dzień, w którym czułam się niewidzialna. I ty nawet tego nie zauważyłeś.
Wyciągam kolejne daty. Kolejne sytuacje. I widzę w twoich oczach – nie pamiętasz połowy z nich. Dla ciebie to były drobne chwile. Dla mnie to były rany.
I to jest właśnie problem. Ty zapominasz. Ja pamiętam wszystko.
Ty idziesz dalej. Przepraszasz i myślisz, że to wystarczy. A ja noszę to ze sobą. Każde słowo, każdy gest, każdą chwilę, w której czułam się zraniona.
I gromadzę. Archiwizuję. Czekam na odpowiedni moment, żeby to wyciągnąć.
Bo może wtedy zrozumiesz, może gdy zobaczysz całą listę – długą, szczegółową, precyzyjną – to w końcu zobaczysz, ile mnie to kosztuje. Ile krzywdy noszę w sobie.
Ale ty nie widzisz krzywdy. Widzisz atak, oskarżenie. Widzisz kobietę, która nie potrafi wybaczyć.
I masz rację. Nie potrafię wybaczyć. Nie potrafię zapomnieć.
Bo dla mnie wybaczenie bez zmiany to tylko zaproszenie do kolejnej krzywdy.
Więc pamiętam – wszystko. Każdą małą ranę, która nigdy się nie zagoiła. I każda nowa dołącza do kolekcji.
Idziemy spać. Leżymy plecami do siebie. I myślę: ile jeszcze mogę udźwignąć? Ile jeszcze krzywd zmieści się w moim sercu, zanim pęknie?
Autorzy
To nie jest felieton o złych ludziach. To felieton o tym, jak związek może zamienić się w pole bitwy, gdzie każde z nas jest jednocześnie ofiarą i katem.
Bo liczenie krzywd to uzależnienie.
Zaczyna się niewinnie, zraniłeś mnie. Powiedziałeś coś złego, nie dotrzymałeś obietnicy. I ja to zapamiętuje – bo boli.
Przepraszasz. Mówisz „już się nie powtórzy”. I ja przebaczam, naprawdę przebaczam.
Ale nie zapominam.
I gdy następnym razem mnie zranisz – a zranisz, bo jesteśmy ludźmi – wyciągam tamtą krzywdę. „Pamiętasz jak wtedy…?” Bo to nie jest odosobniony przypadek. To jest wzorzec.
I tak, każda nowa krzywda reaktywuje wszystkie stare.
Każdy nowy błąd przypomina o wszystkich poprzednich. Każde „przepraszam” traci na wartości, bo było już tyle „przepraszam” wcześniej.
Małe rysy stają się listą. Lista staje się bronią. A miłość zamienia się w licytację.
„Ja to znoszę od dwóch lat” vs „A ja od trzech”. „Ty mnie zraniłeś bardziej” vs „Nie, ja cierpiałem więcej”. „Moje krzywdy są poważniejsze” vs „Moje trwają dłużej”.
I nagle nie chodzi już o rozwiązanie problemu. Chodzi o wygranie sporu. O udowodnienie, że moja rana jest głębsza. Że moje prawo do gniewu jest większe. Że jestem bardziej poszkodowany.
Ale nikt nie wygrywa tej wojny. Bo w związku, gdzie oboje prowadzą księgowość krzywd, oboje przegrywają.
Może problem tkwi w tym, że nie umiemy różnicy między pamiętaniem a przetrzymywaniem.
Pamiętać – to wiedzieć, co się wydarzyło, wyciągnąć wnioski, ustawić granice. To zdrowe.
Ale przetrzymywać – to archiwizować każdą krzywdę jako dowód na przyszły proces. To gromadzić i czasami czekać miesiącami na „odpowiedni moment” żeby to wyciągnąć. To trzymać ranę otwartą, żeby móc nią machać.
Prawdziwe przebaczenie to nie zapomnienie. To decyzja, że nie będziemy już używać tej krzywdy jako broni.
Ale my nie wybaczamy naprawdę. Mówimy „okej”, mówimy „zostawmy to” – ale odkładamy krzywdę do magazynu. Gotową do wyciągnięcia.
I zamiast budować przyszłość, odtwarzamy przeszłość. Każda kłótnia to nie rozmowa o tym, co jest teraz. To wycieczka po archiwach wszystkiego, co było.
Może pora…
- Przestać liczyć
- Wyczyścić archiwum.
- Powiedzieć: „Wybaczam. Naprawdę. I nie będę już tego wyciągać.”
Ale to wymaga odwagi. Bo krzywdy to nasza ochrona. To dowód, że mamy rację. To broń, która daje nam władzę w kłótni.
Bez krzywd zostajemy z tylko tym, co jest teraz. Z obecną sytuacją. Z aktualnym problemem.
I może właśnie o to chodzi. Może najzdrowsze związki to te, gdzie kłótnia o skarpetki to tylko kłótnia o skarpetki. Nie o wszystkie skarpetki od początku związku, nie o to, co powiedziałeś w marcu. Nie o wzorzec zachowań z ostatnich trzech lat.
Tylko o te skarpetki. Dzisiaj. Teraz.
Może pora spalić archiwum. I zacząć od nowa. Każdego dnia.
Bo nic tak nie zabija związku jak pamięć, której nie potrafimy wymazać. Która zamienia miłość w proces sądowy. Która czyni z nas sędziów, a nie kochanków.
Może najpiękniejsza miłość to nie ta bez krzywd. Ale ta, która potrafi zapomnieć.
Napisaliśmy to, bo widzimy, jak „księgowość krzywd” zabija najpiękniejsze relacje.
Jeśli chcecie zamknąć ten rok inaczej – bez licytacji, kto ma rację, a za to z bliskością, której Wam brakuje – mamy dla Was narzędzie.
Nasz Kalendarz Adwentowy Pożądania. To nie są tylko 'pikantne zadania’. To pretekst, żeby być ze sobą tu i teraz.
Zobacz TUTAJ
Sto Grzechów
Czytasz? Daj znać na naszych socjalach!
Już za tydzień będzie o tym, o czym w związkach najczęściej milczymy – o granicach, które przesuwają się nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że boimy się zatrzymać. O piątkowym winie, które rozmywa „nie”. O tym, jak łatwo pomylić zgodę z uległością, a bliskość z zadaniem do wykonania. I o tym, że czasem największy grzech dzieje się między dwojgiem ludzi, którzy naprawdę się kochają – ale nie potrafią powiedzieć sobie prawdy.
Za tydzień: Grzech przestawionych granic.
Seks, kompromisy i presja w związkach
2025-12-03 @ 17:49
[…] podczas kiedy tak naprawdę w związku powinniśmy mieć przestrzeń do bycia sobą. To właśnie w związku powinniśmy mieć przestrzeń do bycia sobą, do realizacji swoich pragnień. To w związku […]