Grzech znikania – kiedy jeszcze jesteś, ale już Cię nie ma
Autor
Siedzę w samochodzie przed domem. Silnik zgaszony, ręce na kierownicy. Patrzę na światło w oknie – nasze okno, nasz dom. I nie mogę wejść.
Nie dlatego, że nie chcę cię zobaczyć. Ale dlatego, że nie wiem, kto wejdzie przez te drzwi.
Kim ja jestem?
Jestem… Twoim partnerem, pracownikiem firmy, synem mojej matki, kolegą swoich znajomych, respondentem w ankietach, użytkownikiem aplikacji, klientem banku.
Ale kim ja jestem?
Pamiętam, że kiedyś wiedziałem. Kiedyś miałem hobby – grałem na gitarze. Czy nadal gram? Nie, bo „nie mam czasu”. Kiedyś lubiłem biegać. Czy nadal biegam? Nie, bo „jestem zmęczony po pracy”. Kiedyś miałem marzenia – chciałem podróżować, pisać, robić zdjęcia. Czy nadal mam te marzenia? Nie wiem. Chyba je odłożyłem. Razem z gitarą, gdzieś na górnej półce.
Wchodzę do domu. Uśmiecham się. „Cześć, kochanie”.
„Jak dzień?” – pytasz.
„Dobry” – odpowiadam automatycznie.
Nie dobry. Nie zły. Po prostu dzień. Kolejny dzień, który przeszedł przez mnie nie zostawiając śladu. Dzień, w którym byłem tym, kim muszę być, a nie tym, kim jestem.
Bo już nie wiem, kim jestem.
Jemy kolację. Rozmawiamy o twoim dniu, o rachunkach, o planach na weekend. Nie rozmawiamy o mnie. Bo nie ma o czym rozmawiać. Ja już zniknąłem.
„Chcesz coś obejrzeć?” – pytasz.
„Co chcesz obejrzeć?” – odpowiadam pytaniem.
I tak właśnie to wygląda. Nie mam już preferencji. Nie mam zdania. Co chcę obejrzeć? Nie wiem. Co chcę zjeść? To co ty chcesz. Co chcę robić w weekend? To co ty chcesz.
Rozpuściłem się. W tobie, w pracy, w obowiązkach, w codzienności. Stałem się funkcją, nie osobą. Wykonuję zadania – pracuję, płacę rachunki, utrzymuję dom, uprawiam seks w odpowiednich odstępach czasu.
Ale przestałem być sobą.
Czasami, w nocy, gdy nie mogę zasnąć, próbuję sobie przypomnieć. Kim byłem? Czego chciałem? O czym marzyłem?
Ale nie pamiętam. Jakbym był zdjęciem, które ktoś zostawił na słońcu – kontury zatarte, kolory wyblakłe, szczegóły znikające.
Pytasz mnie czasami: „O czym myślisz?”
„O niczym” – odpowiadam.
I to nie jest kłamstwo. Naprawdę myślę o niczym. Bo myślenie wymaga bycia kimś. A ja już nie jestem.
Najgorsze jest to, że nikt tego nie zauważa. Ty nie zauważasz, bo nadal funkcjonuję. Nadal jestem tym partnerem, którego potrzebujesz – obecnym, pomocnym, wspierającym. Nadal wykonuję swoją rolę perfekcyjnie.
Ale za tą rolą nikogo już nie ma.
Zniknąłem bez dramatu. Bez kłótni, bez decyzji, bez momentu, w którym powiedziałem „teraz przestaję być sobą”. Po prostu jeden dzień za drugim, jeden kompromis za drugim, jedno „nie mam czasu” za drugim – aż zostałem tylko pustą skorupą.
I najsmutniejsze jest to, że nawet mi tego nie brakuje. Nie pamiętam już, jak to jest być sobą. Przyzwyczaiłem się do znikania.
Że może łatwiej jest nie być nikim, niż być kimś i nieustannie się zastanawiać: czy to wystarczy?
Autorka
Stoję przed lustrem w łazience. Patrzę na swoją twarz. Makijaż idealny, włosy ułożone, uśmiech wyćwiczony. I nie rozpoznaję tej kobiety.
Kto to jest?
To jest twoja partnerka. Twoja, która gotuje twoje ulubione dania, choć nie pamięta już, co sama lubi jeść. Która ogląda twoje seriale, choć nie pamięta, co sama chciała obejrzeć. Która uprawia seks tak, jak ty lubisz, choć nie pamięta już, czego ona sama potrzebuje.
To jest pracownica. Ta, która zawsze się uśmiecha, zawsze jest miła, zawsze mówi „tak” na kolejne zadania. Która została na nadgodziny, bo „trzeba”, która wzięła projekt, którego nie chciała, bo „tak będzie lepiej dla zespołu”.
To jest córka swojej matki. Ta, która dzwoni w niedzielę, która przyjeżdża na święta, która słucha dobrych rad i kiwa głową. Która jest „dobrą dziewczynką”, nawet mając dwadzieścia pięć lat.
Ale kim ona jest?
Nie wiem. Nie pamiętam.
Pamiętam, że kiedyś wiedziałam. Kiedyś chodziłam na zajęcia taneczne – uwielbiałam to. Czy nadal tańczę? Nie, bo „nie mam czasu”, bo „to już nie w moim wieku”, bo „co ludzie powiedzą”. Kiedyś malowałam – miałam marzenie, żeby zrobić wystawę. Gdzie są te obrazy? Schowane w piwnicy, zasypane kurzem i latami „kiedyś do tego wrócę”.
Kiedyś miałam zdanie na wszystko.
Głośne, pewne, swoje. Teraz pytasz mnie: „Co myślisz o tym?”. A ja odpowiadam: „A ty co myślisz?”. Bo łatwiej się zgodzić niż mieć własne zdanie.
Zmywam makijaż. Pod spodem jest twarz, której już nie znam. Kiedy ostatnio spojrzałam na siebie naprawdę? Nie przez pryzmat „czy dobrze wyglądam dla niego”, „czy jestem wystarczająco atrakcyjna”, „czy jestem wystarczająco profesjonalna”. Tylko naprawdę – kto tam jest?
Wchodzę do sypialni. Ty już śpisz. Patrzę na ciebie i myślę: czy ty w ogóle zauważyłeś, że mnie nie ma? Czy widzisz tę skorupę, która udaje mnie? Czy widzisz, że kobieta, którą kochasz, zniknęła gdzieś między „muszę” a „trzeba”?
Pewnie nie. Bo ja jeszcze funkcjonuję. Jeszcze gram swoją rolę perfekcyjnie. Jeszcze jestem tą, którą muszę być.
Tylko już nie jestem sobą.
I najgorsze jest to, że sama sobie na to pozwoliłam. Nikt mnie nie zmuszał. Ty nie kazałeś mi rezygnować z tańca. Praca nie zabroniła mi malować. Mama nie powiedziała „przestań mieć własne zdanie”.
Ja sama zrezygnowałam. Dzień po dniu. Kompromis po kompromisie. „Dla świętego spokoju”, „żeby było łatwiej”, „żeby nie robić problemu”.
I zniknęłam.
Bez dramatu, bez słów, bez decyzji. Po prostu pewnego dnia spojrzałam w lustro i zobaczyłam obcą osobę. Osobę, która robi wszystko właściwie, która spełnia wszystkie oczekiwania, która jest idealna.
I całkowicie pusta.
Czasami, w nocy, gdy nie mogę zasnąć, próbuję sobie przypomnieć. Kim byłam? Czego chciałam? Co sprawiało mi radość?
Ale to jak sięganie po wspomnienia cudzego życia. Jakby ta dziewczyna, która tańczyła i malowała i miała marzenia, była kimś innym. Nie mną. Kimś, kogo już nie ma.
I boję się, że jeśli spróbuję ją odszukać – jeśli powiem „chcę wrócić do tańca”, „chcę malować”, „mam własne zdanie” – to wszystko się rozpadnie.
- Że ty przestaniesz mnie kochać
- Że w pracy mnie zwolnią
- Że mama będzie rozczarowana
Więc zostaję tą pustą skorupą. Bo może łatwiej jest być nikim, niż być kimś i ryzykować utratę wszystkiego.
Autorzy
To nie jest felieton o związkach. To felieton o tym, jak w związkach – i w życiu – przestajemy być sobą.
To jest grzech znikania. Nie od kogoś – od siebie.
I dzieje się to po cichu. Nie ma momentu, w którym decydujesz „teraz przestaję być sobą”. To proces. Jeden kompromis. Jedna rezygnacja. Jedno „nie mam czasu”. Jedno „to nie dla mnie”. Jedno „później„.
I pewnego dnia budzisz się i zdajesz sobie sprawę, że wykonujesz życie, zamiast je żyć.
Idziesz do pracy – nie dlatego, że kochasz to, co robisz, ale dlatego, że trzeba. Wracasz do domu – nie dlatego, że to miejsce, gdzie możesz być sobą, ale dlatego, że tam jest twoja rola do wykonania. Uprawiasz seks – nie dlatego, że tego pragniesz, ale dlatego, że „trzeba dbać o związek”.
Wszystko staje się obowiązkiem. Nic nie jest wyborem.
A ty? Ty znikasz.
- Twoje hobby – „nie mam czasu”
- Twoje pasje – „to już nie w moim wieku”
- Twoje marzenia – „kiedyś, może kiedyś”
I najgorsze jest to, że nikt tego nie zauważa. Bo nadal funkcjonujesz. Nadal jesteś dobrym partnerem, dobrym pracownikiem, dobrą córką, dobrym synem. Nadal spełniasz oczekiwania.
Ale za tymi wszystkimi rolami nikogo już nie ma.
To jest najcichszy grzech. Bo nie krzyczysz. Nie płaczesz. Nie dramatyzujesz. Po prostu pewnego dnia patrzysz w lustro i nie rozpoznajesz osoby, którą widzisz.
I zastanawiasz się: czy ktoś zauważyłby, gdybym zniknął, zniknęła? Nie fizycznie – ale tak naprawdę. Czy ktoś zauważyłby, że mnie nie ma, skoro już nie ma mnie od dawna?
Może problem tkwi w tym, że nauczyliśmy się definiować siebie przez innych.
Jestem…
- Tym, czym jestem dla ciebie
- Tym, czym jestem dla pracy
- Tym, czym muszę być dla świata
Ale kim jestem dla siebie?
Nie wiem. Nie pamiętam. A może nigdy nie wiedziałem/wiedziałam.
Może pora przestać znikać. Może pora przypomnieć sobie – albo odkryć po raz pierwszy – kim jestem, gdy nikt nie patrzy. Czego chcę, gdy nikt nie oczekuje. Co sprawia mi radość, gdy nie muszę się z niej tłumaczyć.
Może pora wrócić do tej gitary na górnej półce.
- Do tych obrazów w piwnicy.
- Do tańca, który porzuciliśmy.
- Do marzeń, które odłożyliśmy.
Może pora powiedzieć: „To ja chcę. Nie dla ciebie, nie dla pracy, nie dla mamy. Dla mnie”.
I może to będzie trudne. Może ludzie się zdziwią. Może powiedzą „co ci się stało?”, „dlaczego nagle jesteś taki egoistyczny?”, „kiedyś byłaś inna”.
Ale może właśnie dlatego zniknęliśmy. Bo baliśmy się być egoistami. Baliśmy się, że jeśli zadbamy o siebie, to przestaniemy być kochani.
Może najpiękniejszy akt miłości – do siebie i do innych – to nie znikać. To pozostać sobą, nawet w związku. Mieć hobby, pasje, marzenia. To mieć zdanie. To mieć przestrzeń dla siebie.
Bo nikt nie może kochać cię naprawdę, jeśli ciebie nie ma. Mogą kochać rolę, którą grasz. Ale nie ciebie.
Może pora przestać być nikim. I zacząć być sobą.
Nawet jeśli to oznacza, że…
- Czasami powiesz „nie”
- Zrobisz coś tylko dla siebie
- Przestaniesz być idealny, idealna
Bo lepiej być niedoskonałą osobą niż doskonałą pustką.
Sto Grzechów
Czytasz? Zostaw komentarz.
A już za tydzień zaproponujemy Wam tekst, który będzie bolał bardziej niż zdrada.
Grzech nieufności – o tym, jak miłość potrafi zamienić się w śledztwo, osoba partnerska w podejrzanego, a codzienność w nieustanne „gdzie jesteś?”.
O kontrolowaniu, sprawdzaniu, wymyślaniu scenariuszy, które nie istnieją – i o tym, dlaczego to niszczy szybciej niż jakakolwiek zdrada.
To będzie jeden z najmocniejszych felietonów tego cyklu.