Grzech siły.
Autor
Szef pyta: „Dasz radę z tym projektem?”. Mówię: „Jasne, nie ma problemu”. Mama dzwoni: „Jak tam, synu?”. Odpowiadam: „Wszystko okej, mamo”. Ty pytasz: „Jesteś zmęczony?”. Uśmiecham się: „Trochę, ale nic wielkiego”.
I wszyscy wierzą. Bo nauczyłem się tak dobrze kłamać.
Mam trzydzieści pięć lat. Jestem facetem. Daję radę. Zawsze daję radę. W pracy, w domu, w życiu. To moja rola – być tym, który trzyma pion, nawet kiedy w środku wszystko się wali.
Wczoraj miałem siedem spotkań z rzędu. Każde prawie po godzinie. Jasne, część z nich mogła być mejlem, no ale nie była, więc siedziałem przed kompem – bez przerw, bez chwili na oddech. Obiad zjadłem oczywiście przy komputerze – kanapka, którą przezornie zrobiłem sobie przed pracą, do tego zimna kawa z rana. I tak minął cały dzień – mejle, rozmowy, raporty.
Wszystko pod hasłem: jeszcze tylko dziś, potem odpocznę.
Nie odpocząłem od dawna.
O szóstej wieczorem szef zapytał: „Mógłbyś jeszcze przygotować tę prezentację na jutro?”, Oczywiście, że miałem ochotę powiedzieć: „Nie. Nie mogę. Jestem wykończony. Chcę iść do domu”. Ale awans jest tuż-tuż, więc grzecznie odparłem: „Jasne, zrobię to dziś wieczorem”.
Bo to jest to, czego się ode mnie oczekuje. Że dam radę. Że zawsze dam radę.
Wróciłem do domu o dziewiątej. Ty już spałaś. Zostawiłaś mi kolację w lodówce – makaron z sosem, z karteczką „Kocham Cię”. Zjadłem na zimno, stojąc przy blacie, scrollując telefon, żeby chociaż na chwilę uciec myślami.
Potem prysznic. Stałem pod wodą tak długo, aż zaczęło mnie piec. Ale napięcie nie odpuszczało – siedziało w barkach, w żuchwie, w środku.
Wszedłem do sypialni. Leżałaś odwrócona do mnie plecami. Położyłem się ostrożnie, żeby cię nie obudzić. I leżałem w ciemności, patrząc w sufit, czując jak serce wali mi w piersi.
Chciałem płakać. Ale mężczyźni nie płaczą, prawda? Mężczyźni dają radę. Jestem mężczyzną.
Wczoraj było inaczej. Mieliśmy uprawiać seks – pierwszy raz od dwóch tygodni. Nie dlatego, że tego nie lubimy czy się oddaliliśmy, po prostu nie ma zwykle na to czas, ciągle w biegu. Jasne, że wtedy też byłem zmęczony, ale myślałem: „Dasz radę. Musisz dać radę”.
Całowałem cię, dotykałem, robiłem wszystko właściwie. Ale mój penis nie reagował. Po prostu nie. „Nic nie szkodzi” – powiedziałaś. – „Jesteś zmęczony, to normalne”.
Ale to nie było normalne. Dla mnie to była porażka. Mężczyzna, który nie może? Facet, którego ciało odmawia posłuszeństwa? Okej, jak masz 50-60 lat to pewnie się zdarza, albo już jest normą, ale teraz? Co to o mnie mówi?
Próbowałem dalej. Dotykałem się, próbowałem się nakręcić. Ty pomagałaś – masowałaś ręką, wzięłaś do ust, patrząc przy tym mi w oczy. Ale chuja tam. Mój penis wisiał bezwładnie, jak symbol wszystkiego, co jest ze mną nie tak.
„Naprawdę, nic nie szkodzi” – powtórzyłaś. – „Chodź, po prostu połóżmy się spać”. Ale ja nie chciałem spać, nie mogłem. Poleżałem chwilę i poszedłem do łazienki. Oczywiście z telefonem. Reszta to automat – ulubiona strona, która wcale nie jest ulubiona; zakładka „rough”; najlepiej jakaś kompilacja. Minęła minuta, potem kolejna i stałem w tej jebanej łazience nad zlewem, próbując sam sobie zrobić dobrze, żeby udowodnić, że jeszcze mogę.
I kurwa, zadziałało. Doszedłem, patrząc na jakichś obcych ludzi w totalnie niepodniecającej mnie scenie. Ale zadziałało, bez ciebie obok, ale zadziałało.
Co to o mnie mówi? Że wolę własną rękę niż twoją? Że problem jest w tobie? Nie, problem jest we mnie. W tym, że nawet w łóżku muszę „dać radę”. Nawet seks stał się zadaniem do wykonania.
Wróciłem do sypialni. Ty już spałaś. Albo udawałaś, że śpisz, żeby oszczędzić mi wstydu. I leżałem obok ciebie i myślałem: „Co jest, stary, z tobą nie tak?”.
Rano wstałem, dzień jak co dzień. Zrobiłem kawę. Uśmiechnąłem się do ciebie. „Dzień dobry, skarbie”.
I ty uśmiechnęłaś się z powrotem. I żadne z nas nie wspomniało o tym, co się wydarzyło wczoraj wieczorem.
Bo ja daję radę. Zawsze daję radę.
Nawet gdy nie daję.
Autorka
Siedzę na krawędzi wanny o szóstej rano i oddycham. Głęboko, powoli. Jeden wdech, jeden wydech. Liczymy: jeden, dwa, trzy, cztery. Ćwiczenie, które znalazłam w internecie: „jak radzić sobie ze stresem”. Daję radę. Zawsze daję radę.
Mam dwadzieścia pięć lat. Jestem kobietą. Nowoczesną, silną, niezależną. Pracuję na pełen etat. Dbam o dom. Dbam o siebie. Dbam o związek. Daję radę. Zawsze daję radę.
Koleżanka pyta: „Jak ty to wszystko ogarniasz?”. Uśmiecham się: „Organizacja, kochana”. Szefowa mówi: „Potrzebuję tego na jutro”. Odpowiadam: „Będzie zrobione”. Ginekolog dzwoni: „Musi pani przyjść, coś nas zaniepokoiło”. Notuję: „Wtorek, 15:00. Zaniepokoiło. Dam radę”.
Wszyscy kupują to kłamstwo. Bo nauczyłam się nosić perfekcyjną maskę.
Wczoraj był normalny dzień. Wstałam o szóstej. Pół godziny ćwiczeń – Mel B na YouTube, trzeci dzień z rzędu mimo że bolą mnie wszystkie mięśnie. Ale trzeba być w formie. Trzeba dawać radę.
Prysznic, makijaż, włosy – trzydzieści minut na wyglądanie „naturalnie pięknie”. Śniadanie – owsianka z owocami, chociaż nie jestem głodna. Ale trzeba się zdrowo odżywiać.
O ósmej w pracy. Spotkanie, prezentacja, negocjacje. Uśmiecham się, kiwam głową, mówię właściwe rzeczy. Lunch? Sałatka przy biurku, bo nie mam czasu. O szesnastej telefon od lekarza. Zaniepokoiło. Ale ja się nie martwię. Nie teraz. Dodaję do kalendarza. Dam radę później.
O osiemnastej wracam. Zakupy. Gotowanie. Sprzątanie. Pranie. Wszystko trzeba zrobić.
Ty przychodzisz o dziewiętnastej. „Cześć, jak dzień?”. Uśmiecham się: „Dobry, twój?”. Nie mówię nic. Bo silne kobiety nie narzekają. Silne kobiety dają radę. Jemy kolację. Rozmawiamy o twoim dniu. Ja słucham, kiwam głową, śmieję się. A w środku liczę. Jeden, dwa, trzy, cztery. Oddychaj. Dam radę.
I dam radę. Do końca dnia. Do końca tygodnia. Do końca miesiąca. A potem przychodzi wieczór. I wiem, że chciałbyś seksu. I wtedy moje „daję radę” przenosi się do łóżka. I tam wszystko się wali.
Siadamy na kanapie po kolacji. Ty przysuwasz się bliżej. Twoja ręka na moim udzie. „Masz ochotę?”. Czy ja wiem, raczej nie, bo nie mam na to siły. Jestem wykończona. Ale widzę w twoich oczach tę potrzebę. I myślę: „Nie możesz go odrzucić. Znowu. To już trzeci raz w tym tygodniu”.
„Okej” – mówię. Nie „tak”. Nie „chcę cię”. Tylko „okej”. Jak zgoda na spotkanie służbowe.
Zaczynasz mnie rozbierać. Całujesz moją szyję, moje ramiona, schodzisz niżej. Zdejmujesz mi bluzkę, stanik. Całujesz piersi. Ja leżę i myślę: „Dam radę. Dla niego”.
Zsuwasz moje spodnie. Kładziesz mnie na kanapie. Twoja głowa między moimi nogami. Liżesz mnie, robisz wszystko właściwie, wszystko tak jak lubię.
A ja leżę i myślę o tym, że jutro mam to ważne spotkanie, gdzie znowu będą pytać o jakieś pierdoły. No i wypadałoby zrobić jakiś dobry obiad. I kupić śmietanę. I sprawdzić czy mamy cukier na ciasto.
„Wszystko okej?” – pytasz, podnosząc głowę. „Tak, tak” – kłamię. – „Nie przestawaj”.
Bo nie mogę powiedzieć prawdy. Że nie czuję tego. Że jestem tylko ciałem, które pozwala być dotykane. Że myślę o zakupach podczas gdy ty starasz się dać mi przyjemność. Kontynuujesz. Twój język, twoje palce. Robisz wszystko. A ja zaczynam udawać. Wzdycham głośniej. Poruszam biodrami. Mówię „tak” i „o boże”.
Bo wiem, jak to działa. Wiem, jaki dźwięk sprawia, że myślisz, że jest dobrze. Wiem, jakich ruchów oczekujesz. Po kilku minutach udaję, że dochodzę. Sztuczny krzyk, sztuczne drżenie. Ty się uśmiechasz, dumny z siebie. Wchodzisz na kanapę, wchodzisz we mnie.
Ja leżę. Liczę. Jeden, dwa, trzy, cztery. Oddychaj. Dam radę.
Poruszasz się. Ja poruszam biodrami w rytm. Automatycznie, mechanicznie. Jak maszyna zaprogramowana do wykonywania tego zadania.
Kończysz. Opadasz na mnie. „Było cudownie.” „Było” – potwierdzam. Kolejne kłamstwo. Wstajesz, idziesz do łazienki. Słyszę prysznic. A ja leżę na tej kanapie. Połowicznie rozebrana i czuję… nic. Pustkę. Znużenie.
Ale też coś innego. Coś, czego nie chcę nazwać, ale wiem, że jest. Nadal jesteś pod prysznicem, więc korzystam z tego czasu. Zaczynam pocierać łechtaczkę, po chwili spluwam na palce drugiej ręki i wkładam je do środka. Sama. Bez ciebie. Bez romantyzmu, bez czułości. Po prostu mechanicznie, funkcjonalnie. Palce robią swoją robotę. Nie myślę o niczym przyjemnym. Nie fantazjuję. Po prostu wykonuję czynność. Coraz mocniej, coraz szybciej, na granicy bólu i przyjemności.
Dochodzę po trzech minutach. Cicho, bez emocji. Jak odchrząknięcie. Jak załatwienie sprawy z listy. Wycierając rękę w kanapę, myślę: „Co ja kurwa robię?”.
Ale już znam odpowiedź. Daję radę. Daję radę, by on był zadowolony. Daję sobie radę dostać to, czego potrzebuję, ale osobno, w ciszy, bez niego.
Wracasz. Tulisz się do mnie. „Kocham cię”. „Też cię kocham” – to nie jest kłamstwo. Kocham cię. Naprawdę.
Ale kocham cię z takiego zmęczenia, z takiej odległości, z takiej pustki.
Przechodzimy do sypialni, nie mija kilka minut i zasypiasz. Ja leżę z otwartymi oczami. I myślę o wszystkim, co muszę zrobić jutro. O wszystkich rzeczach, które muszę ogarnąć.
Bo ja daję radę. Zawsze daję radę. W pracy daję radę. W domu daję radę. W łóżku gram, że daję radę. A w środku rozpadam się na milion kawałków. Ale rano wstanę. Nałożę makijaż. Uśmiechnę się do lustra.
„Dasz radę” – powiem do swojego odbicia.
I dam. Bo wydaje mi się, że nie mam innego wyboru.
Autorzy
To nie jest felieton o słabości. To felieton o toksycznej sile – tej, która niszczy nas od środka, bo nie pozwala przyznać, że czasami nie dajemy rady.
Żyjemy w świecie, który nagradza odporność. W którym mężczyzna nie może się zatrzymać,
a kobieta nie może się rozpaść. Gdzie łzy są oznaką braku charakteru, a zmęczenie – brakiem ambicji.
Dlaczego tak jest? Może dlatego, że nauczyliśmy się, że siła to cnota, a słabość to wstyd. Że mężczyzna, który płacze, to nie jest prawdziwy mężczyzna. Że kobieta, która nie ogarnia wszystkiego, to porażka.
Może dlatego, że żyjemy w świecie, który sprzedaje nam obraz perfekcji. Instagram pełen ludzi, którzy „mają wszystko”. LinkedIn pełen profesjonalistów, którzy nigdy się nie męczą. Porno pełne ludzi, którzy zawsze są gotowi.
I my próbujemy dorównać tym nieosiągalnym standardom. Udajemy siłę tak długo, że zapominamy, jak się przyznać do słabości.
W pracy mówimy „dam radę”, choć wiemy, że nie damy. W domu mówimy „wszystko okej”, choć się rozpadamy. W łóżku udajemy pożądanie, choć czujemy tylko zmęczenie.
A potem nasze ciała zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Jego penis nie staje, bo organizm mówi: „Dość. Jestem wykończony”. Jej wagina jest sucha, bo ciało mówi: „Nie czuję się bezpiecznie. Nie jestem gotowa”.
Ale my to ignorujemy. Forsujemy się dalej. Bo przecież „musimy dać radę”.
I w ten sposób seks staje się kolejnym zadaniem do wykonania. Nie źródłem bliskości, ale źródłem stresu. Nie przyjemnością, ale obowiązkiem.
A co gorsza – przestajemy rozmawiać. Bo jak powiedzieć osobie partnerskiej, że nie masz ochoty, gdy on/ona myśli, że „wszystko jest okej”? Jak przyznać się do wyczerpania, gdy cały świat widzi cię jako osobę, która „daje radę”?
Może problem nie tkwi w nas. Może tkwi w tym świecie, który nie pozwala nam być ludźmi. Który wymaga od nas ciągłej gotowości, ciągłej perfekcji, ciągłej siły.
Może najodważniejszym aktem nie jest „dawanie rady”. Może to przyznanie się, że nie dajesz rady. Że jesteś zmęczony. Że potrzebujesz pomocy. Że czasami chcesz po prostu leżeć i płakać.
Może najpiękniejsza siła to ta, która potrafi się przyznać do słabości. To mężczyzna, który mówi: „Nie mogę dziś, jestem wykończony”. To kobieta, która mówi: „Potrzebuję pomocy, nie dam rady sama”.
Może pora przestać udawać. Przestać nosić maski. Przestać kłamać, że wszystko jest okej, gdy nie jest.
Bo prawda jest taka: wszyscy jesteśmy zmęczeni. Wszyscy czasami nie dajemy rady. Wszyscy czasami potrzebujemy kogoś, kto po prostu przytuli nas i powie: „Nie musisz być silny. Możesz odpocząć”.
Może najpiękniejsze związki to nie te, gdzie oboje zawsze dają radę. Może to te, gdzie można przyznać się do porażki i nadal być kochanym. Gdzie jedno „nie mogę dziś” spotyka się z drugim „rozumiem”. Gdzie „jestem wykończona/y” spotyka się z „odpoczniemy razem”.
Gdzie nie trzeba udawać siły, żeby zasłużyć na miłość.
Może pora przestać „dawać radę”. I zacząć po prostu być.
Zmęczeni. Niedoskonali. Ludzcy.
I może to wystarczy.
Sto Grzechów
Czytasz? Zostaw komentarz.
A już za tydzień będzie o tym, jak łatwo pomylić bliskość z nawykem – o „Grzechu przyzwyczajenia”.
O tym, kiedy zostajemy nie dlatego, że kochamy, tylko dlatego, że nie umiemy już odejść.
I czy da się jeszcze rozpoznać, gdzie kończy się miłość, a zaczyna wygoda.