Hanka V. Mody rozmawia z Natalią Dziadurą – autorką książki „Od stycznia będę się puszczać”, pisarką, wydawczynią i współtwórczynią Wydawnictwa EoS. Kobietą, która z pasją i odwagą mówi o wolności, wstydzie i dojrzewaniu do siebie. Jej książka to nie tylko manifest kobiecej siły, ale też zaproszenie do rozmowy o tym, czym dziś jest prawda, cielesność i bliskość.
Hanka: „Od stycznia będę się puszczać” – tytuł prowokuje, ale w środku czeka dużo czułości i odwagi. Kiedy narodził się pomysł, żeby opowiedzieć historię kobiety, która puszcza się w stronę siebie w najlepszym sensie tego słowa?
Natalia: Z książkami czasami tak jest, że same wchodzą pod klawiaturę. „Styczeń” miał być krótkim opowiadaniem, taką migawką z życia kobiety, ale wdarł się we mnie mocniej. Ta opowieść poniekąd pisała się sama – jakby musiała powstać. Ida, bohaterka, krzyczała w literach. Nie dało się tego nie opisać. To był też specyficzny czas w moim życiu – dużo zmian, tych dobrych i złych… chociaż czy w ogóle da się to tak dzielić? W każdym razie – nie miałam wyjścia. To książka pisała się mną.
H: Ida – bohaterka książki – dojrzewa do wolności. Co było dla Ciebie najtrudniejsze w pisaniu jej drogi: nagość emocjonalna czy konieczność rozbierania własnych przekonań?
N: To jest moja najtrudniejsza książka – choć, tak jak poprzednie, napisana moim lekkim, często ironicznym stylem. Miało być lekko, serio. Krótkie opowiadanie, taka historia na chwilę. A potem nagle okazało się, że nie – bohaterka na to nie pozwoliła. Zaczęłam iść z nią, pozwoliłam sobie wejść w jej emocje, pragnienia, lęki… i wtedy się zaczęło. Najtrudniejsze było to, że momentami pisanie o Idzie naprawdę bolało. Bo każda autorka gdzieś tam chce stworzyć bohaterkę idealną. A Ida idealna nie jest. Czasem miałam ochotę na nią krzyczeć, że robi głupio. Ale kto z nas nie robił?
Jeden rozdział jest wręcz banalny. Czytasz i myślisz: „Nie, to zbyt proste, tak się nie dzieje”. A potem: „No właśnie, w życiu często dzieją się rzeczy banalne. I absurdalne”. Nie jestem Idą. Nie 1:1. Ale jest we mnie dużo z niej. Tak jak chyba w każdej z nas – kobiet, które w pewnym momencie życia mówią: stop, chcę inaczej.
H: W książce jest dużo o kobiecym pożądaniu, ale jeszcze więcej o samotności. Czy erotyka to dla Ciebie język bliskości czy raczej próba zrozumienia siebie?
N: Widzisz, czasami zapominamy, że seks i pożądanie to spore emocje. Jak często jesteśmy same? Nawet będąc z kimś. Nawet uprawiając dobry seks. Jak często jesteśmy same przed, w trakcie i po? Seks jest dla mnie czymś ważnym. To energia, która przenika. Emocje, które zalewają. Bliskość, której często brakuje – bo sama łapię się czasem na tym, że „po” czuję się… samotna.
Ida wchodzi na pewną drogę. Szuka. Czasem rozpaczliwie, czasem ze smutkiem, a czasem z entuzjazmem. Jak każda z nas. A jednak, ostatecznie – szuka czegoś, co może tak naprawdę… ma w sobie.
H: Tworzysz postaci, w których łatwo się zakochać – nawet jeśli są „błędne”. Skąd bierzesz ten talent do tworzenia mężczyzn, którzy działają jak literackie feromony?
N: Ha! Bo ja „kradnę” mężczyzn. Uwielbiam, gdy postacie na moich stronach żyją – więc tworzę je z ludzi, których poznałam. Czasem to jedna cecha, czasem zbiór wad, innym razem drobny gest, sposób mówienia albo zapach. Może sama się w nich zakochuję, pisząc ich? Kiedyś żartowałam, że każda moja książka to opowieść o mężczyźnie, w którym chciałabym się zakochać. I nagle okazuje się, że da się takiego stworzyć. Tylko że on niekoniecznie jest idealny. I niekoniecznie jest tym, co dla nas dobre.
Uważajcie, czego sobie życzycie – myślę wtedy.
Uwielbiam męską postać w „Styczniu”. Zakochałam się w nim po uszy… mimo że nie powinnam. W jego zapachu – który poczujecie. W szeptach – które usłyszycie. I w dotyku – który zostanie z wami na długo.
H: Kiedyś powiedziałaś, że wiązanie to dla Ciebie forma odpoczynku. Czy w pisaniu też pozwalasz się „związać” – przez historię, przez emocje, przez postać?
N: Wiązanie to oddanie kontroli. I odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo komuś innemu. Dla kogoś takiego jak ja – z wysokim poziomem dominacji, z instynktem samozachowawczym wiecznie w stanie czuwania – to jeden z niewielu momentów, gdy mogę… przestać decydować. Przestać się bać. Przestać się martwić. Po prostu być.
A książka? Książka też potrafi związać. Jest zachłanna – gdy ją zaczynasz, zabiera ci myśli. Dosłownie. Żyjesz nią. Chwilami, w których możesz pisać. Opowieścią, która nie odpuszcza. To trochę jak narkotyk – zapominasz o wszystkim innym, zostajesz tylko ty i historia. Przenika sny, życie, codzienność.
„Styczeń” był właśnie taki. Zachłanny. Kazał się pisać. A gdy skończyłam… czułam się wolna. Może to było związanie. Może zniewolenie. A może po prostu – obsesja.
H: Współtworzysz Wydawnictwo EoS – miejsce, które wywraca do góry nogami pojęcie literatury kobiecej i erotycznej. Z czego to pragnienie się wzięło: z buntu, potrzeby wolności czy po prostu z miłości do szczerości?
N: Z marzenia. Chciałam, żeby to, co piszę, nie było tym, co akurat „się sprzedaje”, ani tym, co dyktują rynkowe trendy. Chciałam wreszcie pisać tak, jak czuję – o tym, co powinno być napisane. Bez myślenia, że na końcu musi być happy end, a bohater ma wyglądać jak z katalogu.
Nie jest łatwo. Ale jest ciekawie. Intensywnie. Prawdziwie. I choć algorytmy nas nie lubią, a niektórzy hejtują, bo wychodzimy poza ramy, wiem jedno: warto.
H: EoS to wydawnictwo, które łączy cielesność z duchowością, wstyd z zachwytem, erotykę z filozofią. Jak widzisz swoją rolę w tej rewolucji?
N: My w EoS robimy coś, co dla wielu wciąż jest niewygodne – mówimy o rzeczach, które czujemy, ale często boimy się nazwać. Łączymy ciało i słowo, emocje i refleksję. Dla mnie ta „rewolucja” to nie krzyk, tylko coraz głośniejsze, konsekwentne mówienie prawdy – o ciele, o pragnieniu, o odwadze. Jeśli dzięki temu choć jedna osoba poczuje, że ma prawo być sobą – to znaczy, że było warto. Rewolucja erotyką? Przewrotne, prawda?
H: Co byś powiedziała komuś, kto uważa, że erotyka w literaturze to temat zużyty albo „niepoważny”?
N: To temat, z którym żyję na co dzień. „Co piszesz?” – pytają. „Erotykę”. I wtedy widzę to spojrzenie: ahaa, czyli pewnie nie umie pisać. Bo erotyka wciąż bywa traktowana jak pseudo-literatura dla „kur domowych”. Zresztą, polskie podejście do erotyki jako takiej jest podobne – nerwowe śmiechy, głupie żarty, spłycanie tematu. A mnie zawsze wkurzało w książkach to, że seks był tam nieprawdziwy. Że mężczyźni zmieniali się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo miłość. Że kobieta nagle głupiała, bo przecież „lepiej być słodką blondynką przy facecie”.W literaturze erotycznej brakuje nam prawdziwych postaci – z całym pakietem ich wad, emocji, lęków i pożądania. Ten temat jest poważny. Potrzebny jak diabli. I mocny – właśnie dlatego, że jest prawdziwy
H: W jednym z felietonów napisałaś: „Bójcie się, ale działajcie mimo strachu”. Czego Ty dziś najbardziej się boisz? I czy mimo tego działasz?
N: Odpowiem Ci nietypowo, ale najprawdziwiej, jak potrafię. Od ponad jedenastu lat żyję w strachu. Takim, który łapie za gardło każdego dnia. Właściwie od momentu, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży – boję się. Bycia złą matką. Tego, że coś stanie się moim synom. Że będą nieszczęśliwi. Że będą żyć w świecie, który ich ograniczy, który nie pozwoli im być sobą. Tych „że” jest nieskończenie wiele.
Przewrotnie więc powiem: boję się tego wszystkiego, a jednocześnie – właśnie dlatego działam. Każdego dnia. W każdej chwili. Gdy puszczam ich samych na rowerach do szkoły, gdy tłumaczę im, jak działa świat, gdy widzę, jak coś łamie im serce. Teraz… a co będzie później?
Czego się boję najbardziej?
Że będą żyć w świecie, w którym nie można żyć prawdziwie, w zgodzie ze sobą.
H: Piszesz o rozkoszy, o kobiecym ciele, o pragnieniu – bez wstydu. A co Tobie wciąż trudno wypowiedzieć na głos?
N: Zawsze boję się, że jest mnie za dużo. Za intensywnie, za mocno, za głośno. Że moje bycie – takie pełne, emocjonalne, nieprzefiltrowane – przeraża ludzi wokół. Jakby nie było nikogo, kto potrafiłby ogarnąć mój chaos, kto by się w nim nie zgubił.
A do czego najtrudniej mi się przyznać?
Że jestem samotna. Taką samotnością człowieka, który wciąż – mimo wszystkiego – wierzy romantycznie, że gdzieś istnieje ktoś, kto jest jego drugą połową. Bratnią duszą. I że może… nigdy go nie spotkam.
H: Wydaje mi się, że lubisz balansować na krawędzi światów – sztuki i życia, kontroli i poddania. Gdzie dzisiaj leży Twoja granica?
N: Tak, bo ja naprawdę czuję, jak światy się przenikają. Dla mnie rzeczywistość nigdy nie była jednowymiarowa – zawsze miała warstwy, podteksty, przesunięcia. Nie ma jednej drogi, jednej prawidłowej odpowiedzi ani jednej emocji. Wszystko jest płynne, zmienne, żywe.
Pewnie dałoby się to „leczyć”, jakby ktoś bardzo chciał. Ale oj tam – niech zostanie tak, jak jest. Gdzie leży moja granica? Butelka wina dla tego, kto zdoła na to odpowiedzieć. Na pewno nie będę to ja. A może… ona po prostu nie istnieje.
H: Jeśli Wydawnictwo EoS byłoby zapachem – czym by pachniało?
N: Zapachem kawy na ustach ukochanego człowieka o poranku.
H: A gdyby Twoja książka miała być jednym zdaniem, które kobieta mogłaby powiedzieć sama do siebie po lekturze – jakie by to było zdanie?
N: Mogę być jakaś, ale nie muszę.
H: Co chciałabyś, żeby zostało w czytelniczkach po spotkaniu z Tobą i Twoimi słowami: niepokój, ulga czy może apetyt na życie?
N: Chciałabym, żeby zostało w nich przekonanie, że to one decydują o swoim życiu. Nie narzucone wzorce, nie schematy, nie cudze granice. Bo nasze życie jest zbyt krótkie, żeby wciąż zastanawiać się, czy wypada, czy można, czy ktoś nas za to oceni.
H: Dla wielu kobiet słowo „seksualność” wciąż znaczy „wstyd”. Co Tobie pomogło odczarować to słowo?
N: Przewrotnie – dużo szczęścia. Do ludzi, rozmów i mężczyzn, których w życiu spotkałam.
Pytanie tylko: czy naprawdę odczarowałam seksualność do końca? Czy nawet dla mnie nie ma już tabu? Czy nie łapię się czasem na tym, że coś mnie zawstydza? Widzisz, nic nie jest czarno-białe. Ja też nie. Często, mówiąc o seksualności, odkrywam, że są rzeczy, których sama jeszcze nie przepracowałam. Ale nauczyłam się jednego – możemy o tym rozmawiać, możemy się uczyć, możemy poszerzać swoje horyzonty. I to już jest krok do przodu.
H: Dlaczego akurat teraz potrzebujemy takiej książki – o kobiecie, która odważa się żyć po swojemu, a nie po cudzemu?
N: Czy akurat teraz? My potrzebujemy takich tekstów zawsze. I one zawsze się pojawiały – głosy kobiet, które mówiły: stop, chcemy żyć po swojemu. Takich książek powinno być więcej. Co jakiś czas któraś przebije się szerzej, inna zostanie w niszy – ale każda z nich dokłada cegiełkę. Wychodzę z założenia, że im więcej z nas będzie mówiło o prawie do wolności, do błędów, do wyboru – tym większa szansa, że ktoś naprawdę to usłyszy.
Zmieniajmy świat. Kawałek po kawałku. I wiecie co? Możecie. Naprawdę możecie być sobą.
Zapraszamy do zakupu książki oraz śledzenia aktualności i spotkań autorskich – bo ta historia dopiero się zaczyna.Hanka: „Od stycznia będę się puszczać” – tytuł prowokuje, ale w środku czeka dużo czułości i odwagi. Kiedy narodził się pomysł, żeby opowiedzieć historię kobiety, która puszcza się w stronę siebie w najlepszym sensie tego słowa?
Natalia: Z książkami czasami tak jest, że same wchodzą pod klawiaturę. „Styczeń” miał być krótkim opowiadaniem, taką migawką z życia kobiety, ale wdarł się we mnie mocniej. Ta opowieść poniekąd pisała się sama – jakby musiała powstać. Ida, bohaterka, krzyczała w literach. Nie dało się tego nie opisać. To był też specyficzny czas w moim życiu – dużo zmian, tych dobrych i złych… chociaż czy w ogóle da się to tak dzielić? W każdym razie – nie miałam wyjścia. To książka pisała się mną.
H: Ida – bohaterka książki – dojrzewa do wolności. Co było dla Ciebie najtrudniejsze w pisaniu jej drogi: nagość emocjonalna czy konieczność rozbierania własnych przekonań?
N: To jest moja najtrudniejsza książka – choć, tak jak poprzednie, napisana moim lekkim, często ironicznym stylem. Miało być lekko, serio. Krótkie opowiadanie, taka historia na chwilę. A potem nagle okazało się, że nie – bohaterka na to nie pozwoliła. Zaczęłam iść z nią, pozwoliłam sobie wejść w jej emocje, pragnienia, lęki… i wtedy się zaczęło. Najtrudniejsze było to, że momentami pisanie o Idzie naprawdę bolało. Bo każda autorka gdzieś tam chce stworzyć bohaterkę idealną. A Ida idealna nie jest. Czasem miałam ochotę na nią krzyczeć, że robi głupio. Ale kto z nas nie robił?
Jeden rozdział jest wręcz banalny. Czytasz i myślisz: „Nie, to zbyt proste, tak się nie dzieje”. A potem: „No właśnie, w życiu często dzieją się rzeczy banalne. I absurdalne”. Nie jestem Idą. Nie 1:1. Ale jest we mnie dużo z niej. Tak jak chyba w każdej z nas – kobiet, które w pewnym momencie życia mówią: stop, chcę inaczej.
H: W książce jest dużo o kobiecym pożądaniu, ale jeszcze więcej o samotności. Czy erotyka to dla Ciebie język bliskości czy raczej próba zrozumienia siebie?
N: Widzisz, czasami zapominamy, że seks i pożądanie to spore emocje. Jak często jesteśmy same? Nawet będąc z kimś. Nawet uprawiając dobry seks. Jak często jesteśmy same przed, w trakcie i po? Seks jest dla mnie czymś ważnym. To energia, która przenika. Emocje, które zalewają. Bliskość, której często brakuje – bo sama łapię się czasem na tym, że „po” czuję się… samotna.
Ida wchodzi na pewną drogę. Szuka. Czasem rozpaczliwie, czasem ze smutkiem, a czasem z entuzjazmem. Jak każda z nas. A jednak, ostatecznie – szuka czegoś, co może tak naprawdę… ma w sobie.
H: Tworzysz postaci, w których łatwo się zakochać – nawet jeśli są „błędne”. Skąd bierzesz ten talent do tworzenia mężczyzn, którzy działają jak literackie feromony?
N: Ha! Bo ja „kradnę” mężczyzn. Uwielbiam, gdy postacie na moich stronach żyją – więc tworzę je z ludzi, których poznałam. Czasem to jedna cecha, czasem zbiór wad, innym razem drobny gest, sposób mówienia albo zapach. Może sama się w nich zakochuję, pisząc ich? Kiedyś żartowałam, że każda moja książka to opowieść o mężczyźnie, w którym chciałabym się zakochać. I nagle okazuje się, że da się takiego stworzyć. Tylko że on niekoniecznie jest idealny. I niekoniecznie jest tym, co dla nas dobre.
Uważajcie, czego sobie życzycie – myślę wtedy.
Uwielbiam męską postać w „Styczniu”. Zakochałam się w nim po uszy… mimo że nie powinnam. W jego zapachu – który poczujecie. W szeptach – które usłyszycie. I w dotyku – który zostanie z wami na długo.
H: Kiedyś powiedziałaś, że wiązanie to dla Ciebie forma odpoczynku. Czy w pisaniu też pozwalasz się „związać” – przez historię, przez emocje, przez postać?
N: Wiązanie to oddanie kontroli. I odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo komuś innemu. Dla kogoś takiego jak ja – z wysokim poziomem dominacji, z instynktem samozachowawczym wiecznie w stanie czuwania – to jeden z niewielu momentów, gdy mogę… przestać decydować. Przestać się bać. Przestać się martwić. Po prostu być.
A książka? Książka też potrafi związać. Jest zachłanna – gdy ją zaczynasz, zabiera ci myśli. Dosłownie. Żyjesz nią. Chwilami, w których możesz pisać. Opowieścią, która nie odpuszcza. To trochę jak narkotyk – zapominasz o wszystkim innym, zostajesz tylko ty i historia. Przenika sny, życie, codzienność.
„Styczeń” był właśnie taki. Zachłanny. Kazał się pisać. A gdy skończyłam… czułam się wolna. Może to było związanie. Może zniewolenie. A może po prostu – obsesja.
H: Współtworzysz Wydawnictwo EoS – miejsce, które wywraca do góry nogami pojęcie literatury kobiecej i erotycznej. Z czego to pragnienie się wzięło: z buntu, potrzeby wolności czy po prostu z miłości do szczerości?
N: Z marzenia. Chciałam, żeby to, co piszę, nie było tym, co akurat „się sprzedaje”, ani tym, co dyktują rynkowe trendy. Chciałam wreszcie pisać tak, jak czuję – o tym, co powinno być napisane. Bez myślenia, że na końcu musi być happy end, a bohater ma wyglądać jak z katalogu.
Nie jest łatwo. Ale jest ciekawie. Intensywnie. Prawdziwie. I choć algorytmy nas nie lubią, a niektórzy hejtują, bo wychodzimy poza ramy, wiem jedno: warto.
H: EoS to wydawnictwo, które łączy cielesność z duchowością, wstyd z zachwytem, erotykę z filozofią. Jak widzisz swoją rolę w tej rewolucji?
N: My w EoS robimy coś, co dla wielu wciąż jest niewygodne – mówimy o rzeczach, które czujemy, ale często boimy się nazwać. Łączymy ciało i słowo, emocje i refleksję. Dla mnie ta „rewolucja” to nie krzyk, tylko coraz głośniejsze, konsekwentne mówienie prawdy – o ciele, o pragnieniu, o odwadze. Jeśli dzięki temu choć jedna osoba poczuje, że ma prawo być sobą – to znaczy, że było warto. Rewolucja erotyką? Przewrotne, prawda?
H: Co byś powiedziała komuś, kto uważa, że erotyka w literaturze to temat zużyty albo „niepoważny”?
N: To temat, z którym żyję na co dzień. „Co piszesz?” – pytają. „Erotykę”. I wtedy widzę to spojrzenie: ahaa, czyli pewnie nie umie pisać. Bo erotyka wciąż bywa traktowana jak pseudo-literatura dla „kur domowych”. Zresztą, polskie podejście do erotyki jako takiej jest podobne – nerwowe śmiechy, głupie żarty, spłycanie tematu. A mnie zawsze wkurzało w książkach to, że seks był tam nieprawdziwy. Że mężczyźni zmieniali się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo miłość. Że kobieta nagle głupiała, bo przecież „lepiej być słodką blondynką przy facecie”.W literaturze erotycznej brakuje nam prawdziwych postaci – z całym pakietem ich wad, emocji, lęków i pożądania. Ten temat jest poważny. Potrzebny jak diabli. I mocny – właśnie dlatego, że jest prawdziwy
H: W jednym z felietonów napisałaś: „Bójcie się, ale działajcie mimo strachu”. Czego Ty dziś najbardziej się boisz? I czy mimo tego działasz?
N: Odpowiem Ci nietypowo, ale najprawdziwiej, jak potrafię. Od ponad jedenastu lat żyję w strachu. Takim, który łapie za gardło każdego dnia. Właściwie od momentu, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży – boję się. Bycia złą matką. Tego, że coś stanie się moim synom. Że będą nieszczęśliwi. Że będą żyć w świecie, który ich ograniczy, który nie pozwoli im być sobą. Tych „że” jest nieskończenie wiele.
Przewrotnie więc powiem: boję się tego wszystkiego, a jednocześnie – właśnie dlatego działam. Każdego dnia. W każdej chwili. Gdy puszczam ich samych na rowerach do szkoły, gdy tłumaczę im, jak działa świat, gdy widzę, jak coś łamie im serce. Teraz… a co będzie później?
Czego się boję najbardziej?
Że będą żyć w świecie, w którym nie można żyć prawdziwie, w zgodzie ze sobą.
H: Piszesz o rozkoszy, o kobiecym ciele, o pragnieniu – bez wstydu. A co Tobie wciąż trudno wypowiedzieć na głos?
A do czego najtrudniej mi się przyznać?
Że jestem samotna. Taką samotnością człowieka, który wciąż – mimo wszystkiego – wierzy romantycznie, że gdzieś istnieje ktoś, kto jest jego drugą połową. Bratnią duszą. I że może… nigdy go nie spotkam.
N: Zawsze boję się, że jest mnie za dużo. Za intensywnie, za mocno, za głośno. Że moje bycie – takie pełne, emocjonalne, nieprzefiltrowane – przeraża ludzi wokół. Jakby nie było nikogo, kto potrafiłby ogarnąć mój chaos, kto by się w nim nie zgubił.
H: Wydaje mi się, że lubisz balansować na krawędzi światów – sztuki i życia, kontroli i poddania. Gdzie dzisiaj leży Twoja granica?
N: Tak, bo ja naprawdę czuję, jak światy się przenikają. Dla mnie rzeczywistość nigdy nie była jednowymiarowa – zawsze miała warstwy, podteksty, przesunięcia. Nie ma jednej drogi, jednej prawidłowej odpowiedzi ani jednej emocji. Wszystko jest płynne, zmienne, żywe.
Pewnie dałoby się to „leczyć”, jakby ktoś bardzo chciał. Ale oj tam – niech zostanie tak, jak jest. Gdzie leży moja granica? Butelka wina dla tego, kto zdoła na to odpowiedzieć. Na pewno nie będę to ja. A może… ona po prostu nie istnieje.
H: Jeśli Wydawnictwo EoS byłoby zapachem – czym by pachniało?
N: Zapachem kawy na ustach ukochanego człowieka o poranku.
H: A gdyby Twoja książka miała być jednym zdaniem, które kobieta mogłaby powiedzieć sama do siebie po lekturze – jakie by to było zdanie?
N: Mogę być jakaś, ale nie muszę.
H: Co chciałabyś, żeby zostało w czytelniczkach po spotkaniu z Tobą i Twoimi słowami: niepokój, ulga czy może apetyt na życie?
N: Chciałabym, żeby zostało w nich przekonanie, że to one decydują o swoim życiu. Nie narzucone wzorce, nie schematy, nie cudze granice. Bo nasze życie jest zbyt krótkie, żeby wciąż zastanawiać się, czy wypada, czy można, czy ktoś nas za to oceni.
H: Dla wielu kobiet słowo „seksualność” wciąż znaczy „wstyd”. Co Tobie pomogło odczarować to słowo?
N: Przewrotnie – dużo szczęścia. Do ludzi, rozmów i mężczyzn, których w życiu spotkałam.
Pytanie tylko: czy naprawdę odczarowałam seksualność do końca? Czy nawet dla mnie nie ma już tabu? Czy nie łapię się czasem na tym, że coś mnie zawstydza? Widzisz, nic nie jest czarno-białe. Ja też nie. Często, mówiąc o seksualności, odkrywam, że są rzeczy, których sama jeszcze nie przepracowałam. Ale nauczyłam się jednego – możemy o tym rozmawiać, możemy się uczyć, możemy poszerzać swoje horyzonty. I to już jest krok do przodu.
H: Dlaczego akurat teraz potrzebujemy takiej książki – o kobiecie, która odważa się żyć po swojemu, a nie po cudzemu?
N: Czy akurat teraz? My potrzebujemy takich tekstów zawsze. I one zawsze się pojawiały – głosy kobiet, które mówiły: stop, chcemy żyć po swojemu. Takich książek powinno być więcej. Co jakiś czas któraś przebije się szerzej, inna zostanie w niszy – ale każda z nich dokłada cegiełkę. Wychodzę z założenia, że im więcej z nas będzie mówiło o prawie do wolności, do błędów, do wyboru – tym większa szansa, że ktoś naprawdę to usłyszy.
Zmieniajmy świat. Kawałek po kawałku. I wiecie co? Możecie. Naprawdę możecie być sobą.
Zapraszamy do zakupu książki „Od stycznia będę się puszczać” oraz śledzenia aktualności i spotkań autorskich – bo ta historia dopiero się zaczyna.


Natalia Dziadura - pisarka, felietonistka, wydawczyni
2025-12-16 @ 12:15
[…] Wywiadu z Natalią złapiecie tutaj, a poniżej […]