Grzech cyfrowej pokusy
Autor
Laptop otwarty na stronie, której nazwa nie powinna być w historii mojej przeglądarki. Tryb incognito. Darmowe konto. Zero płatności.
Ty śpisz w sypialni za ścianą. Śpisz spokojna, nie mając pojęcia, że twój chłopak siedzi w ciemności przed laptopem i patrzy na obce kobiety.
Ale to nie jest oglądanie porno. To coś gorszego. Coś… bardziej prawdziwego. To obserwowanie.
Ona ma dwadzieścia trzy lata, może dwadzieścia pięć. Siedzi przed kamerką, w koronkowej bieliźnie, z uśmiechem, który nie jest ani ciepły, ani zimny. Taki, który wciąga, zanim zdążysz pomyśleć, że to tylko gra.
Czat żyje własnym życiem: „Zdejmij to”, „Pokaż więcej”, „Ile za prywatny?”.
A ona śmieje się i mówi: „Może jak uzbieracie więcej, kochani!”
A ja? Ja siedzę tam jak cień. Typek_47293. Nie mam twarzy, nie mam historii, nie mam winy. Tylko moje oczy. Tylko moja ciekawość.
Nie piszę nic. Nie płacę. Tylko patrzę.
Patrzę jak ona prowadzi ich wszystkich, wróć, nas wszystkich, jak wiruje między prośbą a rozkazem.
Ma nad nimi władzę – nad facetami, którzy płacą, proszą, prześcigają się w kwotach.
A ja? Ja jestem bezpieczny. Nikt mnie nie zna. Nikt nie wie, że tu jestem.
Nie wpisuję nic w czacie. Nie zostawiam żadnego śladu. Ale widzę wszystko. Widzę, jak faceci walczą o jej uwagę. Jak płacą coraz więcej. Jak błagają o sekundę jej czasu.
I czuję się…? Podniecony? Tak. Ale też bezpieczny. Bo to nie ja. To jakiś Typek_47293. Jakiś anonimowy użytkownik, który nie ma nic wspólnego z facetem śpiącym obok ciebie.
I czuję się…? Podniecony? Tak. Ale też zawstydzony. Bo co ja tu kurwa robię?
Nie zdradzam cię. Nie piszę do niej. Nie płacę. Po prostu patrzę. Ale czy to nie jest gorsze? Że siedzę tu w ciemnościach i obserwuję cudze życie seksualne? Ech, jebać to. Przełączam na inną transmisję. Inna dziewczyna, podobny scenariusz. Czat pełen facetów, którzy oferują pieniądze, napiwki, dary. A ona wykonuje ich polecenia. „Odwróć się”, „Pokaż tyłek”, „Possij palec”.
I w tym momencie myślę o tobie. O tym, że nigdy nie prosiłem cię o takie rzeczy. Że z tobą jestem grzeczny, uprzejmy, romantyczny. A tutaj, w tym anonimowym świecie, mogę obserwować brutalną prawdę – że seks to często transakcja. Że ktoś płaci, ktoś wykonuje.
Najgorsze jest to, że wiem, że to jest złe. Że powinienem wyłączyć tego laptopa, pójść do sypialni i przytulić się do ciebie. Ale zamiast tego przechodzę do kolejnej transmisji. I kolejnej. I kolejnej.
Bardzo możliwe, że jestem uzależniony od tej obserwacji. Od tego patrzenia, jak inni mężczyźni płacą za uwagę kobiet. Od tego bycia niewidzialnym świadkiem cudzych fantazji. To nie trwa długo, może w sumie pół godziny. Ale czy to nie o pół godziny za długo? Jestem na siebie zły, więc kasuje historię, zamykam laptopa i wracam do łóżka. Przytulam się do ciebie. I myślę: „Czy jestem w porządku? Czy to, co robię, to zdrada?”
Nie dotknąłem żadnej innej kobiety. Nie napisałem ani jednego komentarza. Nie zapłaciłem ani grosza. Ale patrzyłem. I czy to nie jest wystarczające, żeby czuć się winnym? Na pewno wystarczające, żeby czuć się brudnym. Nie dlatego, że patrzyłem. Tylko dlatego, że zrobiłem to zamiast przyjść i przytulić cię od razu.
Autorka
Laptop otwarty na stronie, którą przeglądałam już setki razy. Konto założone. Wszystko wypełnione. Tylko brakuje jednego – zdjęcia weryfikacyjnego.
Śpisz zmęczony dniem. Nie mam o to pretensji, wiem, że tak to jest – czasami wcześniej zasypia jedno, czasami drugie, rzadko udaje się razem. Ale teraz, zamiast skrolować bez sensu rolki, siedzę w łazience z telefonem w dłoni i myślą, która pali mnie jak grzech: mogłabym to robić.
Nie dla pieniędzy. Dla czegoś innego.
Dla tej władzy, jaką mają kobiety po drugiej stronie ekranu.
Dla tej uwagi. Dla tej pożądanej ciszy, gdy mężczyźni czekają na mój ruch.
Dla tej chwili, że siedziałabym tam przed kamerką i dziesięciu, dwudziestu, pięćdziesięciu facetów walczyłoby o moją uwagę. Błagałoby. Płaciłoby.
Przeglądam na szybko profile, które są online. Widzę ile zarabiają. „Zarobiono dziś: $347”, „Napiwki: $892”, „Top tipper: Mark_69 – $500″. I kurwa, myślę sobie: „czemu nie ja?”.
A najlepsze? Nikt przecież by nie wiedział, że to ja. Jakaś maska. Peruka z zestawu na halloween. Może lekko zmieniony głos. Żadnych imion, tylko nick: MysteryGoddess albo coś równie banalnego. Żadnych tagów lokalizacji. Żadnych szczegółów osobistych.
Mogłabym być kimkolwiek. Mogłabym być tą pewną siebie kobietą, którą chcę być, a nie jestem. I nikt – ani ty, ani moja rodzina, ani znajomi – nigdy by się nie dowiedzieli.
Przeglądałam już maski w Internecie. Weneckie, koronkowe, te które zakrywają górną część twarzy. Widziałam dziewczyny, które tak robią – całkowicie anonimowe, całkowicie bezpieczne. I myślę: „Mogłabym to zrobić. Mogłabym być nierozpoznawalna.”
Z tobą jestem tą grzeczną dziewczyną. Tą, która czeka na twój ruch. Tą, która nigdy nie mówi wprost, czego chce. Ale tam? Tam mogłabym być sobą. Mogłabym powiedzieć: „Dobra 50$, i zobaczysz trochę więcej” i ktoś by zapłacił. Po prostu by kurwa zapłacił, bo ja tego chce.
Włączam kamerkę – jestem offline, nikt mnie nie widzi. Patrzę na siebie. W czarnej bieliźnie, tej, którą kupiłam i nigdy nie założyłam dla ciebie. Poprawiam włosy. Próbuję uśmiechu, który widziałam u tych dziewczyn – pewnego, prowokacyjnego, obiecującego.
Czytam wymagania strony. Dokument tożsamości. Zdjęcie weryfikacyjne. Umowa. I myślę: „To tylko jedno zdjęcie. Tylko weryfikacja. Nie muszę zaczynać transmisji. Po prostu… sprawdzę, czy przejdę weryfikację.”
Biję się z myślami. To tylko jedno zdjęcie, ale przecież nie mogę mieć na nim maski. To tylko na potrzeby weryfikacji, ale co jak wypłynie? Siedzę tak dłuższą chwilę. W końcu nie robię zdjęcia.
Bo co by było, gdyby ktoś się dowiedział? Co by było, gdybyś ty się dowiedział? Co by było, gdybym tam usiadła, włączyła kamerkę i… i nikt by nie wszedł? Albo co gorsza – wszyscy by wyszli?
Ale najgorsze pytanie brzmi inaczej: co by było, gdybym tam usiadła i okazało się, że jestem w tym dobra? Że zarabiam więcej niż w pracy? Że faceci błagają o moją uwagę? Co by było, gdybym wolała być tą kobietą przed kamerką niż twoją dziewczyną w łóżku?
Wyłączam kamerkę. Zamykam stronę. Ale nie kasuję konta. Zostawiam je. Na wszelki wypadek.
I nienawidzę się za to. Za to, że w ogóle o tym myślę. Za to, że porównuję ciebie z nieznajomymi facetami, którzy płaciliby za sekundę mojego czasu.
Biorę prysznic, żeby zmyć to z siebie. Choć przecież nic nie zrobiłam, ale czuję że muszę. Wracam do ciebie. Przez chwilę patrzę jak śpisz, wtulam się w końcu, a ty mruczysz coś przez sen.
I myślę: „Czy kiedykolwiek będę wystarczająca? Czy kiedykolwiek będę czuła się tak pożądana jak te dziewczyny przed kamerkami?”
Autorzy
To nie jest felieton o camgirls. Ani o pornografii. To felieton o tym, że w tym samym łóżku śpi dwoje ludzi, którzy mają tajemnice i pragnienia tak podobne, a jednak tak różne.
- On chce patrzeć. Ona chce, żeby patrzono.
- On ukrywa się za nickiem Typek_47293.
- Ona za pseudonimem, który brzmi jak obietnica.
I żadne z nich nie wie o tajemnicy drugiego. Żadne nie wie, że w tym samym momencie, gdy jedno śpi, drugie siedzi przed laptopem i boryka się z tym samym grzechem – tylko z przeciwnych stron ekranu. Oboje chroni ta sama rzecz: anonimowość.
Według różnych danych, prawie 70% mężczyzn w związkach regularnie ogląda treści dla dorosłych na żywo. Z drugiej strony, co trzecia kobieta mówi, że mogłaby rozważyć zrobienie transmisji. I większość z nich nigdy nie powie o tym partnerowi.
Ale co by było, gdyby powiedzieli? Co by było, gdyby on przyznał: „Oglądam te transmisje. Nie płacę, nie piszę, ale patrzę. I nie wiem dlaczego.”
A ona odpowiedziała: „Ja chcę być tą, na którą patrzą. Chcę czuć się pożądana przez obcych, bo czasami nie czuję się tak pożądana przez ciebie.”
Co by się stało?
Może odkryliby, że ich fantazje się uzupełniają. Że on mógłby patrzeć, jak ona to robi. Że ona mogłaby mieć tego widza, na którym jej zależy – jego.
Albo może odkryliby coś gorszego. Że potrzebują obcych ludzi, żeby czuć podniecenie. Że ich związek przestał wystarczać. Że intymność z kimś, kogo znają, nie jest już tak ekscytująca jak anonimowość z obcymi.
Może problem nie tkwi w technologii. Może tkwi w tym, że przestaliśmy być dla siebie tajemniczy. Że znamy się za dobrze. Że widzimy siebie w codzienności – w piżamach, bez makijażu, ze złym oddechem rano – i już nie potrafimy zobaczyć w sobie obiektów pożądania.
Więc szukamy tego gdzie indziej. On – w transmisji obcych kobiet. Ona – w fantazji o byciu tą obcą kobietą dla innych.
A może najsmutniejsza prawda brzmi tak: oboje pragną tego samego – czuć się pożądanymi. On chce widzieć pożądanie w akcji. Ona chce być obiektem tego pożądania.
I żadne z nich nie widzi, że drugie mogłoby to dać.
Że on mógłby patrzeć na nią tak, jak patrzy na te kobiety w transmisji – z fascynacją, z podziwem, z pożądaniem. Że ona mogłaby czuć się tak pożądana przez niego, jak czuje się w swojej fantazji przez obcych.
Ale żeby to się stało, musieliby porozmawiać. Przyznać się do swoich sekretów. Powiedzieć głośno to, co każde nosi w swoim laptopie, w swojej historii przeglądania, w swoich nocnych myślach.
I tego się boją najbardziej. Nie obcych ludzi. Nie oceny społecznej. Ale oceny tej jednej osoby, która leży obok nich w łóżku.
Co jeśli powie, że to obrzydliwe? Co jeśli powie, że to zdrada? Co jeśli powie, że już nigdy nie spojrzy na nich tak samo?
Więc milczą. On ogląda. Ona fantazjuje. I oboje śpią w tym samym łóżku, oddzieleni nie ścianą, ale ekranem laptopa, który każde z nich zamyka, zanim drugie się obudzi.
A może wystarczyłoby powiedzieć? Może wystarczyłoby przyznać się do tych sekretów i odkryć, że mogą dać sobie nawzajem to, czego szukają u obcych?
Co by było, gdyby ona usiadła przed kamerką – ale nie dla nieznajomych? Dla niego. Prywatna transmisja tylko dla niego. Gdzie mogłaby być tą kobietą z władzą, którą chce być. Gdzie mogłaby prowadzić, rozkazywać, kontrolować. Może nawet płaciłby jej pieniędzmi z Monopoly – i oboje wiedzieliby, że to tylko gra.
A on mógłby patrzeć. Nie jako kochający partner, ale jako widz, obserwator. Mógłby pisać w czacie (tylko dla niej) to, czego chce. Mógłby zobaczyć ją w tej roli, którą fantazjuje, ale nigdy nie gra.
Mogliby odkryć świat role play. Nie w łóżku, gdzie oboje czują się skrępowani. Ale przez ekran, gdzie można być kimś innym. Gdzie ona nie jest jego dziewczyną, ale nieznajomą kobietą przed kamerką. Gdzie on nie jest jej chłopakiem, ale anonimowym widzem.
Może tam, w tej przestrzeni między sobą a ekranem, mogliby być tymi wersjami siebie, których się wstydzą. Mogliby eksperymentować bez oceny. Mogliby odkryć, że fantazje nie są straszne – są tylko niewypowiedziane.
Może najpiękniejsze związki to nie te bez sekretów. Może to te, w których sekrety można przekształcić w zabawę.
Może pora przestać szukać u obcych tego, co możemy znaleźć w sobie. Może pora włączyć tę kamerkę – ale nie dla świata. Dla siebie nawzajem. Bo może najtrudniej na świecie pożądać jest kogoś, kogo się już ma?
Sto Grzechów
A jeśli myślisz, że grzech zaczyna się i kończy na ekranie — mylisz się.
Czasem pokusa nie ma nic wspólnego z technologią. Czasem siedzi obok, oddycha tym samym powietrzem i przypomina, że największe napięcie rodzi się wtedy, gdy dwoje ludzi dzieli nie ekran, lecz lata.
W następnym felietonie — „Grzech różnicy” — o tym, jak bardzo wiek potrafi stać się przepaścią… albo mostem.
Bo czasem to nie piksele nas dzielą, tylko doświadczenie.
Data publikacji: Piątek 17 października 19:00.
Czytasz? Zostaw komentarz!