Grzech ciała, którego nie pokazujesz
Autor.
Stoję przed lustrem w łazience i patrzę na swoje odbicie. Światło jest za jasne, bezlitosne. Widzę każdą zmarszczkę, każdy kilogram za dużo, każdy włos, który już nie rośnie tam, gdzie powinien.
Kurwa, kiedy się to stało? Kiedy przestałem być tym facetem z technikum, a stałem się tym… tym czymś? Mam trzydzieści pięć lat, nie osiemdziesiąt. A czuję się, jakbym nosił ciało kogoś obcego. Nie poznaję sam siebie.
Ty leżysz w łóżku i czekasz na mnie. Mówisz, że jestem przystojny. Że kochasz moje ciało. A ja stoję tutaj i liczę rzeczy, których nie chcę, żebyś zobaczyła. Brzuch, który już nie jest płaski. Plecy, które czasami bolą po całym dniu. Ramiona, które nie są zupełnie umięśnione jak u innych facetów, choć staram się im dorównać.
Wyłączam światło, zanim wracam do sypialni. Zawsze wyłączam światło. Mówię, że tak jest bardziej romantycznie, ale prawda jest taka, że nie chcę, żebyś zobaczyła mnie takiego, jaki jestem. Nie chcę, żebyś zobaczyła, jak bardzo się zmieniłem.
Pamiętasz nasz pierwszy raz? Rozebrałem się bez wahania. Byłem pewny siebie, dumny ze swojego ciała. Teraz ukrywam się pod kołdrą jak nastolatek, który pierwszy raz uprawia seks. Uwielbiam się z tobą pieprzyć na pieska, wtedy mogę podziwiać ciebie, a nie ty mnie. A najgorsze jest to, że wiem, że to w mojej głowie. Że ty nadal patrzysz na mnie tak samo. Że gdy mnie dotykasz, nie liczysz moich wad. Ale ja liczę. Każdego dnia, każdego razu, gdy się rozbieramy.
Czasami wyobrażam sobie, że mam ciało z czasów, gdy miałem dwadzieścia lat. Że mogę stanąć przed tobą nagi w pełnym świetle i nie wstydzić się ani przez sekundę. Że mogę być seksowny, nie ukrywając się w ciemnościach.
Ale nie mogę. Bo każdy centymetr mojej skóry opowiada historię czasu, który minął. Każda blizna, każda zmarszczka to dowód na to, że nie jestem już tym, kim byłem. I nie wiem, jak przestać się tego wstydzić.
Może to dlatego wolę cię dotykać, niż pozwalać ci dotykać mnie. Może dlatego zawsze skupiam się na twojej przyjemności – bo wtedy nie myślę o tym, jak wyglądam. Nie myślę o tym, czy zasługuję na to, żeby być pożądany.
Ale ty chcesz mnie dotykać. Widzę to w twoich oczach. I ja chcę, żebyś to robiła. Tyle że chcę być kimś innym, gdy to się dzieje. Chcę być sobą sprzed dziesięciu lat. Albo być kimkolwiek innym, tylko nie tym gościem w lustrze, który wygląda jak mój ojciec w moim wieku.
Autorka.
Próbuję zrobić sobie ponętne selfie, patrzę na siebie w telefonie, w przedniej kamerce, i od razu ją wyłączam. To narzędzie tortur wymyślone przez kogoś, kto nas nienawidzi.
Wstaję rano i pierwsze, co widzę w lustrze łazienkowym, to nie kobieta, którą kochasz. To lista wszystkiego, co ze mną nie tak. Cellulit na udach. Rozstępy po tym, jak przytyłam i schudłam w ciągu dwóch lat. Piersi, które nie są już takie jędrne jak kiedyś. Blizna po operacji, o której nikt nie musi wiedzieć, ale którą ja widzę każdego dnia.
Ty mówisz, że jestem piękna. Mówisz to szczerze, widzę to w twoich oczach. Ale ja nie mogę ci uwierzyć. Bo jak możesz mnie kochać, skoro ja sama siebie nie znoszę?
Gdy się kochamy, zawsze pilnuję, żeby nie widzieć swojego odbicia w lustrzanych szafkach w sypialni. Ustawiam się tak, żeby nie patrzeć na siebie z boku. Wciągam brzuch, nawet gdy to boli. Trzymam ręce w miejscach, gdzie mogę zakryć to, co chcę ukryć.
Czasami proszę o wyłączenie światła nie dlatego, że tak jest romantyczniej. Tylko dlatego, że w ciemnościach mogę udawać, że jestem kimś innym. Że moje ciało wygląda tak, jak chcę, żeby wyglądało. Że jestem seksowna, a nie tylko tolerowana.
Przymierzam ubrania i myślę o tym, co ukryją, a nie o tym, co podkreślą. Noszę kardigan w środku lata, żeby zakryć ramiona. Unikam obcisłych spodni. Nie kupuję nic, co mogłoby zwracać uwagę na moje ciało, bo nie chcę, żeby ktokolwiek je zauważył.
A potem widzę kobiety w Internecie – te perfekcyjne, wyretuszowane, piękne – i myślę sobie: „Tak powinnam wyglądać„. Jak ta influencerka, która ma dwadzieścia lat i nigdy nie widziała cellulitu. Jak ta modelka, która wygląda, jakby nigdy nie jadła pizzy. Jak wszystkie te kobiety, które wyglądają tak, jak ja wyglądałabym, gdybym była kimś innym.
Najgorzej jest w wannie. Gdy leżę w wodzie i widzę swoje ciało w całości – bez ubrań, bez sposobów na ukrycie. Wszystko jest widoczne. Wszystkie niedoskonałości, wszystkie obszary, których się wstydzę. I myślę sobie: „Jak on może mnie kochać, skoro ja nie potrafię nawet na siebie patrzeć?”
Ale kiedy ty patrzysz na mnie – gdy myślisz, że nie widzę – w twoich oczach nie ma rozczarowania. Jest pożądanie. Jest miłość. Jest coś, czego ja w sobie nie widzę. I zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę potrafiła zobaczyć siebie twoimi oczami.
Czasami wyobrażam sobie, że jestem odważna. Że mogę stanąć przed tobą w pełnym świetle i nie wstydzić się. Że mogę być naga i pewna siebie. Że mogę przestać ukrywać się we własnym ciele.
Ale to tylko fantazja. Prawda jest taka, że każdego dnia walczę z lustrem. I na razie przegrywam.
Autorzy.
Ten grzech nie ma nic wspólnego z tym, jak wyglądamy. Ma wszystko wspólnego z tym, jak siebie widzimy.
Żyjemy w świecie, który sprzedaje nam perfekcję w butelkach, kremach i operacjach.
Żyjemy w czasach, gdy każde zdjęcie jest wyretuszowane, każde ciało w mediach jest idealne, każda twarz – bez skazy. I porównujemy się z tym. Z czymś, co nie jest prawdziwe.
A potem patrzymy na siebie w lustrze i widzimy rzeczywistość. Widzimy normalne, ludzkie ciało. Ciało, które żyje, które się starzeje, które nosi na sobie ślady czasu. I myślimy, że coś z nami nie tak.
Ale wiesz, co jest najsmutniejsze?
Że osoba, która nas kocha, często widzi nas zupełnie inaczej. Ona nie liczy naszych wad. Nie analizuje każdego centymetra skóry. Ona patrzy na całość – na nas, na nasze ciało jako na dom osoby, którą kocha.
A my? My chowamy się w tym domu. Wyłączamy światła, zasuwamy zasłony, ukrywamy wszystko, co uważamy za nieperfekcyjne. I w ten sposób pozbawiamy siebie i naszych partnerów bliskości, która mogłaby być piękna.
Może problem nie tkwi w naszych ciałach. Może problem leży w naszych oczach. W tym, jak patrzymy na siebie. W tym, że zapomnieliśmy, iż ciało to nie wystawa sklepowa – to pojemnik na nasze życie. Na nasze doświadczenia. Na naszą miłość.
Może warto przestać porównywać się z retuszowanymi zdjęciami i zacząć patrzeć na siebie oczami osoby, która nas kocha. Może warto spróbować zobaczyć w lustrze nie listę wad, ale ciało, które zasługuje na miłość – również naszą własną.
Może najpiękniejsze ciała to nie te perfekcyjne. Może najpiękniejsze są te prawdziwe. Te, które żyją, oddychają, kochają i pozwalają się kochać – nawet przy świetle.
Może warto spróbować. Może warto zostawić światło włączone. Choć przez chwilę.
Sto Grzechów
Czytasz? Zostaw komentarz!