Gra w Kości
Natalia Dziadura
Opowiadanie erotyczne z pogranicza świata fantazji, magii i mitów.
Czy można oszukać Śmierć?
***
Rzuciła kośćmi, chociaż nie musiała. Nie było jej to potrzebne, aby widzieć to, co oczywiste. Mimo to rzuciła, bo przecież tak wypadało. Dziewczyna była młoda, śliczna i zakochana. O zakochaniu na równi świadczył blask w oczach, jak i ustawione w telefonie zdjęcie, na którym była ona i sympatycznie wyglądający młodzieniec, wtuleni w siebie na tle lasu. Tak, dziewczyna była zakochana, nawet z wzajemnością. Małgorzata rzuciła jednak kośćmi. To były ciekawe kości. Kupiła je kiedyś na konwencie fantasy i lubiła nimi rzucać. Kolorowe, z mnóstwem symboli, wymieszanymi religiami i rytami. Jeden wielki bałagan.
– Tak kocha cię, nie, nie zdradza, i tak, jest w twojej przyszłości –
odpowiedziała na zadane wcześniej pytania. Nie odpowiedziała na te, które nie zostały zadane. Na te, na które odpowiedzi były gorsze, na te, które nie przyniosą tej młodej, ładnej dziewczynie ani grama radości. Małgorzata
patrzyła na to szczęście, które wypełniało dziewczynę tak, że aż promieniała. Pomyślała, że lubi ten blask bardziej niż prawdę, która zawsze jest taka sama: światło kiedyś gaśnie. W tym wypadku miało zgasnąć wybitnie szybko, co Małgorzacie się zupełnie nie podobało.
Rzuciła kośćmi, chociaż nie musiała, i tak szczerze: wolałaby musieć.
Wtedy można tego nie robić. Można nie rzucać. Można nie wiedzieć. Można nie widzieć.
Dziewczyna podziękowała, jej koleżanka zachichotała. Weszły do namiotu we dwie, trzymając się za ręce. Dwie przyjaciółki, które postanowiły zobaczyć swoją przyszłość. Jedna zapytała o ilość dzieci, druga o miłość. Obie dostały odpowiedzi. Po to wchodzi się do namiotu wróżb, prawda?
Małgorzata patrzyła za nimi przez chwilę, zamyślona, a potem schowała kostki do kieszeni sukienki, festyn się kończył, miała zresztą dosyć zabawy we wróżkę. Robiła to czasami, gdy łapała ją potrzeba. Tak jak dziś.
Nie potrzebowała kości, aby widzieć, co się wydarzy. Nie skłamała. Kochał ją. Nie zdradzał. Był w jej przyszłości. Tylko ich przyszłość kończyła się za chwilę, w wypadku. Po koncercie wsiądą do samochodu, on specjalnie nie wypije nawet piwa, aby ją odwieźć bezpiecznie, bo bezpieczeństwo było dla niego ważne. Miły chłopak – rodzice go tak wychowali. Spojrzała na scenę, zespół zaczynał grać. Piosenki, które odliczały koniec blasku, koniec szczęścia, koniec świata. Zaklęła cicho.
– Czy pani jest wróżką? – Mała dziewczynka, która właśnie zajrzała do środka, patrzyła na nią wielkimi, dziecięco zdumionymi oczami. Twarz miała oblepioną watą cukrową, policzki rumiane, a we włosach doczepione warkocze w kolorach tęczy. Pięcioletnia mała radość.
Małgorzata uśmiechnęła się smutno. Czy była wróżką? Czasem wróżyła, ale czy była wróżką?
– Nie kochanie, już dawno nie – odpowiedziała i ruszyła w kierunku
parkingu. Namiot, który stał wcześniej między stoiskami, zniknął tak samo, jak się pojawił. Była tutaj dzisiaj tylko w jednym celu. I – doskonale o tym wiedziała – nie musiała rzucać tych cholernych kości. Zaklęła znów, tym razem głośniej. Samochód stał dokładnie tam, gdzie stać powinien, zaparkowany między innymi. Chwilę zajęło jej znalezienie go, pamiętała markę, kolor.
W końcu widziała go dokładnie kilka chwil wcześniej. Wyjęła śrubokręt z torebki, dziś rano czuła palącą potrzebę zabrania go ze sobą. Czasem tak miała. Wbiła go w oponę, wyciągnęła. Koncert zagłuszał odgłos uciekającego powietrza. Oparła się o samochód, zapaliła papierosa i pokazała środkowy palec w górę.
– Pieprz się – powiedziała z uśmiechem.
– Nie powinnaś tego robić – rozległ się głos tuż przy jej uchu.
Tak jak myślała, dał się sprowokować. A to znaczy, że nie przestał zwracać uwagi na to, co robiła. Niektórzy są tacy oczywiści. Nawet On. Odpaliła drugiego papierosa i podała mu.
– No i po co to robisz? – Zaciągnął się i wydmuchał dym.
– Bo mogę – odpowiedziała, wzruszając ramionami. Miała rację, wiedział o tym i nic nie mógł jej zrobić, nic więcej, niż zrobił do tej pory. I nic mniej. Nie żyła i żyła jednocześnie, zakochała się w Śmierci, na swoje szczęście i nieszczęście z wzajemnością. Przez wieki krzywdzili się nawzajem, kochali, wybaczali, odchodzili i kłócili. Ona nie mogła mu wybaczyć tego, że był tym, czym był. On kochał ją tak, jak wszystko: całkowicie, ale na swoich warunkach. Wiedźma i Śmierć. Czasami myślała, że w dniu, gdy po nią przyszedł, nie powinna była rzucać uroku. A może wcale go nie rzuciła? Minęły setki lat, już nie pamiętała. Pamiętała za to jego wzrok i to, jak w czarnej otchłani zabłysła iskra, gdy dotknęła go po raz pierwszy. Dotknąć Śmierć, kto by pomyślał. Stał się dla niej – uczłowieczył, z całą konsekwencją tej zmiany, a ona go oszukała. Och, Małgorzata doskonale wiedziała, że nie miał z nią łatwo.
– Oszukujesz – stwierdził spokojnie. – Wiesz, że nie możesz.
Kusiło ją, aby wbić śrubokręt w jego udo, ale doskonale wiedziała, że nic to nie da. Pewnie nawet go nie zirytuje. Była na niego wściekła, czy można kochać kogoś i wściekać się tak bardzo? Chyba tak, bo właśnie tak się czuła.
Nie miała zamiaru wracać do niego, jeszcze nie, może nigdy. Dziś miała zamiar ukraść mu życie. Uśmiechnęła się, kiedyś to działało. Kiedyś umiała go uwodzić, zwodzić i trochę liczyła na to, że nadal umie. Wyciągnęła dłoń
i dotknęła jego policzka, był zimny, zawsze taki był, ale jej nigdy nie przeszkadzał jego chłód. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, czasami tak bywa, zakochała się w nim, wiedząc, że to błąd. Przecież nie można go kochać. Nie powinno się.
– Tęskniłam – powiedziała i nawet nie skłamała. Tęskniła, chociaż uciekała mu od lat.
Złapał ją za rękę, muzyka stawała się agresywniejsza, mocniejsza, zespół grał z energią, która wibrowała.
– To wróć do domu – stwierdził bez emocji, jak zawsze, jakby to było oczywiste, jakby nie pamiętał, dlaczego odeszła.
Odeszła, bo ich nie miał. Bo nie potrafił się do nich przyznać. Moje drzwi są dla ciebie zawsze otwarte – tyle potrafił. Nie kocham cię. Nie potrzebuję. Nie…
– Nie – powiedziała, ale stanęła na palcach i pocałowała go. Zatraciła się
w tym, zatracając też jego. Świat zawirował – ich mały wszechświat.
Przylgnęła do niego cała, drżąc lekko w dygocie, który zawsze w niej wywoływał, w dygocie, który ją rozpalał, który niszczył na chwilę jego zimno. Złapała go i poprowadziła, las był niedaleko, a ona potrafiła ukryć świat w bańce, ukryła go więc. Świat, ich dwoje, dwa ciała, jedno prawdziwe i jedno stworzone, by mogła je kochać. Tęskniła za dotykiem jego palców na skórze, za ustami, za gwałtownością, z jaką jej pragnął. Kochała go, gdy jego dłonie odnajdywały jej piersi, gdy cały jego chłód znikał, gdy w oczach iskrzyło się pragnienie.
Koncert się skończył, muzyka ucichła, a ona krzyczała, gdy jego ciało łączyło się z jej w tym ludzkim, pierwotnym i fizycznym akcie.
– Kocham cię – powiedział, a ona pomyślała, że może i ją kochał, ale na swoich warunkach. Nie tak, jak potrzebowała.
– Kłamiesz – mruknęła, wciągając na siebie sukienkę. Skrzywił się w parodii uśmiechu.
Zatrzymała się i spojrzała na samochód, który ich mijał. Dziewczyna i chłopak, jej blask był blaskiem, którego zazdrościła. Jechali na spotkanie śmierci. Spojrzała na mężczyznę, który stał obok niej. Nic się nie zmieniło,
nigdy się nie zmieni.
– Musiałeś? – zapytała, a on wzruszył ramionami.
Odeszła, zostawiając go samego. Nie gonił jej, nigdy jej nie gonił. Spojrzała na zegarek – trzydzieści sekund. Za tyle w samochód powinien uderzyć drugi, kierowany przez pijanego kierowcę. Tylko że gdy ona oszukiwała – oszukiwała skutecznie. Odwróciła się do kochanka i pokazała mu środkowy palec.
Śmierć roześmiał się i zniknął, chociaż on tak naprawdę zawsze gdzieś był.
Jeden z techników od sceny otworzył tylne drzwi busa, zaczynali zbierać system. Zamarł. W środku, skuty kajdankami z różowym futerkiem, leżał mężczyzna. Gdy go rozkuto i przesłuchano, stwierdził tylko, że nigdy więcej
nie wypije wódki z nieznajomą. Wódki lub spirytusu, sam nie wiedział. Nie wiedział też, że gdyby usiadł za kierownicą – leżałby teraz w szpitalu z połamanymi żebrami. Żebra zrosłyby się, zaleczyły, ale świadomość tego, że jego auto zgniotło inne, zabijając na miejscu córkę jego znajomych i jej chłopaka – już nie.
Samochód dwójki młodych ludzi dojechał bezpiecznie na miejsce. Oszukane przeznaczenie. Śmierć patrzył, jak wysiadają, jak chłopak troskliwie przytrzymuje drzwi, by jego dziewczyna weszła do domu. Patrzył i widział kolejne dni, miesiące. Czas, który dla nich ukradła. Czy był to dobry czas? Mógł zobaczyć, był przecież wszędzie i nigdzie.
Zapach kochanki – dalej czuł go na sobie.
Nie spojrzał. Nie chciał znać ich historii, dramatów, radości.
Tak naprawdę pragnął, aby wróciła – mimo że nie zamierzał jej tego powiedzieć. Nawet jeśli wracała tylko po to, aby zagrać w tę grę, w której oszukiwała, wiedząc, że nie da się go oszukać.
Może jednak naprawdę ją kochał?
***
Więcej dobrej erotyki znajdziesz TUTAJ